04. Czy to ptak? Królik? Ślimak? Samolot? Nie! To Kurtis... czyli Love and Adventures 1/3

Po ciężkiej bitwie stoczonej przy Adventures of Alex przyszła kolej na następne opowiadanie. Dziś dane będzie nam przyjrzeć się Love and Adventures. (Następne Edwenczersy! Nie mogę się doczekać!) Na swej drodze napotkamy krewniaka ślimaków — KurtlimoCrofta — naprzykrzające się i zdziczałe apostrofy oraz niezdecydowaną w wyzywaniu kobietę obyczajów lekkich. W zaledwie dwa dni odwiedzimy Czechy, Francję i Peru, gdzie najemnicy Gundersona rozkoszują się  grą w Need for speed. Będziemy także świadkami przedstawionych w zupełnie nowym świetle wydarzeń ze Smoleńska.

Love and Adventures
By Gloomy Angel - „Vanish”
09.05.2007-25.05.2011

Analizują: Alex, Lilka11


Rozdział 1

Kurtis żyje!

Naszą przygodę rozpoczyna tytułem wstępu znany wam wcześniej Narrator Spoilerujący! Powitajcie go gromkimi brawami!

No dobra, pierwsza część przed Wami :D
Łiii!

Sorka, że tak długo, ale wcięło mi gdzieś zeszyt z tym opowiadaniem. Nie znalazłam go, ale na szczęście pamiętam, co napisałam. Moje opowiadanie to kontynuacja „Angel of Darkness”.
Lara obolała podniosła się z ziemi. Zabiła Karela, zabiła Nephilim. Postanowiła wrócić na arenę walki Kurtisa i Boaz. Na miejscu zastała tylko kałużę krwi, a w niej Chirugai. Podniosła je, a ono wyciągnęło ostrza i zwróciło się w stronę wyjścia.
Dobrze, że wyciągnęło ostrza, a nie kopyta.
Oryginalny początek, nie ma co.

Weszła w ciemny korytarz i zauważyła świeże ślady krwi prowadzące przez jedyną drogę. Dziewczyna cicho szła po śladach.
To coś jak ta gra w stylu „nie nadepnij na linie, bo przegrasz”.
Podłoga to lawa.

Z każdym krokiem krwi było coraz więcej. Nagle za rogiem usłyszała kroki… Takie, jakie wydaje ktoś, kto jest ciężko ranny… Lara skręciła za róg i zobaczyła…
-Kurtis!- krzyknęła.
Bo przecież tytuł świadczył zupełnie o czymś innym...
Liczyłam na to, że Proto przeżył i szamie padlinę.

Chłopak odwrócił się. Miał głęboką ranę w okolicach brzucha, z której sączyła się krew.
Po tym, jak wyglądała uwalona krwią podłoga, facet powinien być blady jak ściana i, leżakując w pozycji embrionalnej, cieszyć się, że jeszcze nie wykitował.
Kurtis czeka, zawsze czeka ze swoją śmiercią, aby powiedzieć swoje ostanie słowa.
I w 90% przypadków faktycznie ginie!
 
-Lara?-spytał ze zdumieniem-Co tu robisz? Zabiłaś Eckhardt’a?
Karel’a, Gunderson’a?

-Tak… Boaz tak cię urządziła?
Boaz wpadła mu w oko, ale nie mogli dogadać się w łóżku.
— No co ty! Sam sobie wywierciłem te dziursko o wielkości brzoskwini!

-No…-nagle wzrok Kurtisa zwrócił się na coś za dziewczyną. Lara odwróciła się i zobaczyła Gundersona, który… po chwili nie żył, bo zastrzelił go KurtlimoCroft odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła się z wdzięcznością.
KurtlimoCroft był wdzięcznym obojniakiem, przez co autorce ciężko było zdecydować, w jakiej formie się o nim wypowiadać.

Trent również się słabo uśmiechnął i… zemdlał. Lara podbiegła do niego, opatrzyła mu ranę i zaczęła ciągnąć w stronę wyjścia, co zresztą łatwe nie było.
KurtlimoCroft nie chciał jej pomóc.
Był zbyt śliski i jego odwłok wyślizgiwał jej się z dłoni.

Po chwili byli na dworze, a Croft przypomniała sobie o samochodzie, którym przybyła do Pragi. Władowała Kurtisa na tylne siedzenie (o dziwo się zmieścił), a jego motor do bagażnika (o dziwo się zmieścił).
Ja już widzę, jak ona tego harleya podniosła i władowała do baga. No bankowo.




Rozdział 2

Nephilim

Kurtis obudził się i rozejrzał po pomieszczeniu. Zauważył przy okazji, że ma na sobie bandaż. Na stoliku bok łóżka leżały jego bronie i… jakiś zeszyt?? Wziął go i przerzucił kilka stron.
Dziura wielkości brzoskwini pozwalała mu na wszystko bez ograniczeń, a ból w ogóle zapomniał o pojawieniu się, gdy tylko wizja o tru lof przybyła do opka w rytmie marszu Mendelsona.
Bardziej mnie zastanawia, jak bok łóżka znalazł się na stoliku.

Zatrzymał się na jednej z nich, gdzie było napisane:
Po jej wypadku w Egipcie w ogóle nie mogę skontaktować się z Larą. Musi mi się udać, inaczej Eckhardt mnie zabije.
Gdyby w dzienniku Werner łaskawie zapisał imię Eckhardta, Croft nie musiałaby łazić po paryskim getcie, mamrocząc do każdego: „Do you know Louis Bouchardt?”.

Swój notatnik dałem Margot Carvier, gdy Lara się z nią spotka, otrzyma go. Zapisałem w nim wszystkie szczegóły dot. Nephilim, ale zapomniałem o jednym:
Dalej znajdowało się pismo w jakimś starożytnym języku, którego Kurtis nie rozumiał.
Zamknął „pamiętnik” i spostrzegł, że z tyłu okładki jest napisane:
Właśność Wernera Von Croy’a
Tak w skrócie: Werner przyznaje w dzienniku, że oddał go właśnie Margot, po czym dopisuje w nim na odległość, że o czymś zapomniał i dorzuca w gratisie rycinę.

Czyli jest w mieszkaniu tego dziadka. Kurtis wyszedł z pokoju i zszedł po schodach. Od razu zauważył śpiącą na kanapie Larę. Starał się cicho zejść, ale jeden stopień głośno zaskrzypiał. Dziewczyna natychmiast poderwała się i wyciągnęła Berett’y, celując w Kurta’y.
-Śmiało, strzelaj-mruknął chłopak.
-Wypchaj się-odparła Lara chowając pistolety.
-Larka… znalazłem coś.
Kurtis wyjął zeszyt i pokazał dziewczynie tajemnicze pismo.
-Znasz ten język??
-To hebrajski. Skąd masz ten zeszyt??
-Był na górze. To pamiętnik tego twojego mentora. Przeczytaj.
Lara szybko przeczytała, także notatkę po hebrajsku, i zrobiła wielkie oczy.
O takie: O.O.

W sumie dopiero teraz zrozumiałam sens poprzednich zdań. Ten dziennik nie był TYM dziennikiem Croya. Tylko jakimś innym dziennikiem Croya, którego Lara nie zauważyła wcześniej, przeszukując mieszkanie denata jeszcze w czasie gry. Już rozumiem!
To nadal nie tłumaczy tego, że oddał go Margot.
Były dwa dzienniki. Jeden Croy oddał Margot, a potem sobie przypomniał, że czegoś w nim nie dopisał i zostawił drugi u siebie. I zamiast dać go Larze przed śmiercią, to położył go na boku łóżka na stoliku, a ten posłusznie czekał tam na Kurtisa.

-No i co??-zapytał zniecierpliwiony chłopak.
-Werner pisze obecnie, że Eckhardt wyjawił mu, że w Peru przebywają śpiące Nephilim, które obudzi potomek Karela.
-Super. I my mamy się tym zająć??
-No, a co ty myślałeś?? Jedziemy do Peru.
Kiedy tak wspomina o tym potomku Karela, w mojej głowie rodzą się myśli, czy to nie będzie także potomek Lary. W końcu… Miłość i Przygody.



Rozdział 3

Tajemniczy głos

Kurtis stał i wciąż wpatrywał się w tajemnicze słowa. Coś mu świtało w głowie…
-Lara! Może warto by było przeszukać to co pozostało z laboratorium Eckhardt’a??
-Jeśli cokolwiek pozostało… Chodźmy.
A jeśli nic nie pozostało — zostańmy tu, gdzie jesteśmy. Aby się przekonać, ciągnijmy naboje.

Kurtis i Lara wyszli z mieszkania Von Croy’a.
-Wiesz Kurt, na piechotę to zajmie nam kilka godzin drogi…
Z Paryża do Pragi na piechotę w kilka godzin? Odważne wyzwanie.

-Co proponujesz??
-Taksówkę. Samochód, którym cię tu przywiozłam, ma jest w... eee... niedyspozycji, a twoim motorem to nie bardzo.

Gdy byli już w Strahov’ie, a wcześniej w Paryż’u, zaczęli szukać pozostałości po laboratorium. Znaleźli. Ta „pozostałość” była tylko kupą gruzów i wielką dziurą w ziemi. Istny obraz nędzy i rozpaczy.
Jakoś Lara nie zwróciła na to uwagi wcześniej, gdy stąd wyjeżdżała.
Kawałki Kurta wystające przez okno smarta zasłaniały jej widok.

-O, super, tego nie miałem na myśli-powiedział wkurzony Kurtis.
Lara nie odpowiedziała, tylko… wskoczyła do dziury.
-Ej, Trent, rusz się, jest przejście do Krainy Czarów!



Facet zeskoczył. Pod ziemią było równie efetkownie co na górze.
Od teraz nie będę już mówić rozpieprzony, ale efetkowny...

Dziewczyna była trochę dalej od Kurta. Po chwili usłyszał jej wrzask.
... i zapamiętam, że trochę dalej oznacza daleko na tyle, by stracić kogoś z oczu.

Szybko przyleciał i stanął przerażony, widząc, co zbliżało się do Lary.
Kurtis królik, Kurtis ptak. Jakie wcielenie będzie następne?
Eksperymentalny jad Boaz działa z opóźnieniem.

Wyglądało to jak przerośnięty nietoperz. To był Thorsus, jeden z mutantów.
-Skąd to cholerstwo się wzięło??
Nagle rozległ się syk. Ale jaki. Ziemia pod stopami Lary i Kurta się zatrzęsła, a nietoperz zwiał. Po chwili wszystko uciekło.
I nastały rządy Kononowicza.
Kraina Czarów zamieniła się w hogwarcką Komnatę Tajemnic, a syk należał do Bazyliszka.

-Co to było??-spytał chłopak.
-Nie wiem, ale nic dobrego-odpowiedziała dziewczyna, zapalając flarę i wchodząc w ciemność. Kurtis szedł za nią. Lara nagle stanęła.
-Co??
-Słyszysz to??
-Co?? Nic nie słyszę.
-To zamknij się i stań tu gdzie ja, bo te pół metra ma kolosalne znaczenie dla słuchu.
Trent posłuchał i usłyszał głos. Tajemniczy, dobiegający z oddali…
...zza grobu...
— KURTIS! OBIAD!




Rozdział 4

Sharon Karel

Lara spojrzała porozumiewawczo na Kurtisa. Zaczęli powoli zbliżać się do miejsca, skąd pochodził głos… Gdy byli dość blisko, usłyszeli, że to głos kobiety…
...chociaż wcześniej przypominał wężomowę.
A więc zgadłam, że to matka zawołała Kurta na obiad.

-Szybciej! Musicie znaleźć te dokumenty, zanim wyruszymy do Peru!-krzyczała.
Kurtis i Lara po chwili zobaczyli cały obraz sytuacji:
Kilkoro mężczyzn z Cabal (bo spolszczona Kabała nie brzmi już tak fajnie) przeszukiwało zdemolowane szafki. Obok stał Gunderson (!) i kobieta, która krzyczała.
-Uspokój się, Sharon-mówił Marten-zdążymy.
-Wątpię. Przebudzenie śpiących Nephilimów musi się odbyć za tydzień, i ja, Sharon Karel, córka Joachima tego dokonam!!
Wątpię, ale dokonam! Tylko najpierw wyręczę Narratora i przedstawię się sama.
To całkiem miłe z jej strony.

-USPOKÓJ SIĘ!! Najpierw musimy się pozbyć Croft i Trenta!
-MY?? To TY się tym zajmiesz, ja muszę lecieć do Peru! I każ swoim ludziom się pospieszyć!
I Narratorowi Opisującemu też, bo wymiguje się od roboty!
W sumie, to skąd oni wiedzą, że Trent i Croft żyją? Co do Croft można się domyślić, ale Trent trafiony przez Boaz?

-Mr. Gunderson-powiedział jeden ze strażników Cabal-nic nie zostało.
-Trudno, poradzę sobie, nie darmo jestem Nephil… Aaaaaa!!-wrzasnęła nagle miss Karel.
Na jednej z konstrukcji siedziała dziewczyna w kapturze:
-Zamknij się Sharon, bo tapeta zmyje ci się z twarzy-powiedziała.
-Na co czekacie?? ZABIĆ JĄ!!
W tym wypadku podwójnie nie znaczy lepiej. To nie Twix.
To dla tych, którzy znaków nie wstawiają wcale.

-krzyknęła Sharon do ludzi Martena. Ci wycelowali w nią broń.
Niewdzięczni buntownicy!

-Dupki-mruknęła dziewczyna i lekko machnęła ręką.Przejęła kontrolę nad strażnikami i zabiła Gundersona. Sharon jednak zwiała.
Nie dziwne, jeżeli jej prywatni najemnicy zaczęli do niej mierzyć.

Po chwili tajemniczej dziewczyny również nie było. Kurtis i Lara weszli do pomieszczenia. Trent patrzył na miejsce, na którym była dziewczyna.
-To nie mogła być ona… a jednak ten głos… ta moc… Nie. To niemożliwe….-myślał.
-Jak myślisz, jakich dokumentów szukali??-spytała Croft.
-Nie wiem. Jedźmy do Peru, zanim panna Karel tam dotrze.-odpowiedział Kurtis.



Rozdział 5

Rozstanie

-Kurtis!-krzyknęła Lara.
-Co??
-Jajco! Zachowujesz się, jakbyś zobaczył ducha!
- No, i co??!
-Chujów sto! Nie będę pracować z kimś, kto zachowuje się jak debil!
Ach, ta nostalgia. Jeden z moich ulubionych cytatów Larki w całym opku. :)

Peru, starożytna, podziemna świątynia.
-To wiecie już, jak mogę przywrócić śpiące Nephilim do życia??-spytała niecierpliwie Sharon.
Jak ona się teleportowała w tak krótkim czasie z Czech do Ameryki Południowej?!
Przecież jest Nephilim, rozwinęła skrzydełka i z prędkością warp najechała na Peru.

-Jeszcze nie, miss Karel, jeszcze nad tym pracujemy. Gdybyśmy mieli te dokumenty…
-Ale ich nie mamy! Wszystko zostało zniszczone! Jeszcze w dodatku pojawi...wi… wi… ła… ła się ta… ta…-Karel nie mogła dokończyć zdania z wściekłości.
Update dla polonistów: Literki tworzą wyrazy, wyrazy wściekłości, wściekłości zdania, a wypowiadanie tychże zdań skutkuje jąkaniem.

Lara szła w swoją stronę, wściekła na Kurtisa.
Nic nie mówiła, bo bała się efektu jąkania.

Po chwili usłyszała dwa kobiece głosy dochodzące z ciemnego zaułka. Wynikało z nich, że jeden należy do młodej, spokojnej kobiety, a drugi do trochę starszej, zaniepokojonej.
Przecież w głosie różnicę lat kilku słyszy się na starcie.
Przecież to Lara, ona wie wszystko.

-Więc mały Jacob zaginął wczoraj o 20.00??-spytała młodsza kobieta.
-Nie! Nie wrócił ze szkoły!
-Ile on ma lat??
-Siedem.
-Taki maluch nie powinien wracać sam. No cóż, postaram się go odnaleźć. Do widzenia.
Dobra matka działa szybko.

Rozległy się kroki i po chwili z zaułka wyszła…
-Elves?? Co ty tu robisz??-zdziwiła się Lara.
-Ja?? Ja tylko zmieniłam teren.-Wings uśmiechnęła się.-A ty??
Croft opowiedziała Elves o wszystkim, włączając niedawną kłótnię.
Wiesz co, byłam posądzona o morderstwo przyjaciela. Znalazłam syndykat zbrodni i zniszczyłam go, ale ktoś dalej kontynuuje badania nad powołaniem do życia biblijnych gigantów i chce zapanować nad światem. Uratowałam też życie kolesiowi, który zachowuje się jak debil. A co u Ciebie?

Dziewczyna po krótkim namyśle odparła:
-Powinnaś z nim pogadać. Najlepiej będzie, jak się z nim pogodzisz.

-Chyba masz rację.-odpowiedziała powoli Lara.
W ślimaczym tempie.

-Ja zawsze mam rację. A poza tym…-detektyw zawahała się.
-Co??-spytała podejrzliwie Croft.
-Pasowalibyście do siebie.-Elves uśmiechnęła się.
-Czy ty zawsze musisz mnie swatać z każdym facetem, o którym wspomnę?? Nie zdziwię się, jak zrobisz to samo z Winston’em.-powiedziała Lara z irytacją.
A może z Zip’em lub Alister’em Fletcher’em? Albo Kurtis’em Trent’em? Albo zaszalejmy! Ze wszystkimi jednocześni’e!
Joachim?
Nie kuś. :P

-A co, chciałabyś??
Joachim był blondynem, ja bym brała.
Był zmiennokształtny. Mógł więc wyglądać jak Trent, William Compton, Dean Winchester lub Magic Mike. Też bym brała.

-Ciekawe, co byś zrobiła, jakbym ja zaczęła cię swatać.
-Nie potrzebuję faceta. Jestem wolnym człowiekiem, ale mam duże doświadczenie w sprawach damsko-męskich, naprawdę! Sorry, ale muszę już iść. I radzę ci, znajdź go, póki możesz.
-Co masz na myśli??-spytała zaniepokojona Croft.
-Nic. To tylko groźba przeczucie. No, to ja idę. Cześć.

Tym razem Lara naprawdę poczuła się nieswojo, wcześniej tylko udawała. Przeczucia Elves zwykle się sprawdzały. Postanowiła jak najszybciej znaleźć Trenta. Tylko… gdzie on jest??
Ja obstawiam, że za sałatą.

Kiedy Lara w najlepsze szukała Kurtisa, on właśnie poszedł do klubu. Ech, faceci ;-). Trent usiadł przy stoliku. Niedaleko tańczyła na rurze Dakota Finney. Od razu zauważyła Kurta. I, jak to by się można było spodziewać, wpadł jej w oko. Zaraz po skończeniu tańca podeszła do jego stolika.
-Jesteś tu pierwszy raz, co, mrrrraw??-zamruczała.
-Do każdego faceta tak się przystawiasz??-warknął Kurtis.
Poszedł do klubu go-go, nienawidząc zaczepnych striptizerek i chcąc je nawracać na właściwą drogę.
Kurtis jest z rodzaju tych, którzy lubią tylko patrzeć.

Po kłótni z Larą do żadnej z przedstawicielek płci pięknej nie był przyjaźnie nastawiony.
Dlatego wybrał sobie do spędzania wolnego czasu miejsce, w którym było ich na pęczki.

-Nie. Do wybranych. Zaliczasz się. Jeden pokój jest wolny.-powiedziała zachęcająco.
-Wiesz co?? Spieprzaj ode mnie dziwko, bo zaczynasz mnie wkurwiać!!
Uprawiasz nierząd i rozpowszechniasz rzeżączkę!

-Dakota!-zawołał jej szef.-Masz klienta!
Finney, chcąc nie chcąc, musiała iść obsłużyć klienta.
Podać kolę, wypolerować buty i zaproponować pranie chemiczne w trzydziestu stopniach.

Odchodząc szepnęła do Trenta:
-Jeszcze się spotkamy.
-Mam nadzieję. Wtedy urżnę ci łeb, bo jesteś dziwką i nie podążasz drogą chrystusową -powiedział Kurtis i wyszedł z klubu.
A podobno to kobiety są kapryśne.



Rozdział 6

Znowu razem

Dakota skończyła robotę i poszła się przebrać. Już miała wyjść, gdy jej pracodawca krzyknął:
-Finney!
-Czego?-dziewczyna odwróciła się niechętnie.
-Zostaw tego faceta w spokoju, on jest mój.
Dakota osłupiała. Po chwili jednak odzyskała wigor i warknęła:
-Moje życie prywatne…
-Dobrze ci radzę. Znam tego faceta. Wiem kim jest. Lepiej się z nim nie zadawaj. Poza tym było widać, że nie jest tobą zainteresowany. Jeśli będziesz mu się napraszać, zginiesz.
Striptizerka przystanęła z ręką na klamce. Przez chwilę myślała.
Ale szybko jej przeszło.
Nie wydaje się wam podejrzane, że każdy losowy bohater opowiadania zna Larę i Kurta?
I myśli tylko przez chwilę?

Następnie gwałtownie zawróciła do stolika, przy którym siedział jej szef. Odsunęła krzesło kopniakiem, a ono odleciało dwa metry dalej,  usiadła po turecku na podłodze i syknęła:
-Powiedz mi wszystko, co o nim wiesz.
Boss popatrzył na nią poważnie. Dopiero po chwili zaczął gadać:
-Nazywa się Kurtis Trent. Były legionista. Ślimak. Królik. Ptak. W czasie jego pobytu w Legionie Cudzoziemskim, nazywano go Łowcą Demonów.
Łowca Prostytutek.
— A teraz tysiąc koron za informacje, laleczko.

-To wszystko?-spytała beztrosko Finney.
-Wszystko?!-szef zdumiał się nad jej postawą. –To dużo!
-Aha, fajnie. A wiesz może, gdzie mieszka?
Boss poczerwieniał ze złości i gwałtownie zerwał się od stolika.
-Finney! Nie będziesz zadawać się z tym Trentem!
Ale z tamtym Trentem chętnie cię zeswatam!
Każdy alfons martwi się o swoje dziwki, co ty chcesz.

-A co, zabronisz mi?-dziewczyna wstała i spojrzała mu wyzywająco w oczy.
-Dakota… Ja…
Striptizerka patrzyła wyczekująco, ale przestała wyzywająco.

-Zwalniam cię. Nie jesteś już tak wyzywająca, jak byłaś jeszcze chwilę temu.

Lara szła przez ciemne, paryskie uliczki. Zastanawiała się, gdzie polazł ten debil (czyt.Kurtis). Przechodząc obok nocnego klubu, usłyszała wrzask kobiety:
-Jak to mnie zwalniasz?!!!!!
Już miała iść dalej, kiedy padło nazwisko…
-Jeśli będziesz zadawać się z tym Trentem, na pracę u mnie nie masz co liczyć.
Ale pamiętaj, tamten Trent jest całkiem spoko.

Croft usłyszała szybkie kroki. Schowała się za kontenerem na śmieci.
Klimat Angel of Darkness zachowany. Eksperymenty, dziwki, syndykat i chowanie się za śmietnikami.

Zobaczyła, że z klubu wychodzi wściekła dziewczyna. Zapięła płaszcz i poszła w swoją stronę. Lara już miała wyjść z ukrycia, gdy poczuła ciepłą dłoń na swoim ramieniu. Odwróciła się i walnęła Kurtisa w twarz.
-Zawsze tak witasz swojego kompana po powrocie?-mruknął Trent.
— Tak! A przed powrotem tradycyjnie okładam go porem po jajkach.

-Nie jesteś moim kompanem.-odparła Lara wstając.
-Serio?
-Nie. Przestań się wygłupiać, idziemy na lotnisko.
Może i Kurtis odrobinę zgrywa głupka, ale Lara też nie grzeszy elokwencją.

-Po co?
-Po zapiekanki z baru dla podróżnych.
Croft spojrzała na Trenta z takim wyrazem twarzy, że ten szybko się poprawił i jęknął:
-Dobra, już dobra, lećmy do tego cholernego Peru.

-Miss Karel!-powiedział Gunderson.-Croft i Trent jutro wylądują.
-Wspaniale. Wyślesz tam komitet powitalny.-oznajmiła Sharon z uśmiechem.-A kiedy zjawi się…
-Będzie lecieć tym samym samolotem co oni..
-Świetnie. Wszystko idzie zgodnie z planem.
Z planem? Jakim planem? To po co pół rozdziału szykowali pułapkę, jak komitet ma wszystko załatwić?
Pułapka jest na Nephilim, żeby być pewnym, że będą tańczyć tak, jak im Karel zagra.



Rozdział 7

Wylot do Peru

Paryż, godz. 5.00
Lara przeglądała wykaz samolotów odlatujących do Peru. Najbliższy był za dwadzieścia minut.
-Dobra Kurtis, lecimy za dwadzieścia minut. Chodź, trzeba kupić bilety. Kurtis? Nosz kurwa obudź się.

  
-No co masz pretensje, całą noc szukaliśmy tego pieprzonego lotniska!
GPS odmówił współpracy, mapa potargana, a oznaczenia drogowe odwróciły się plecami, złośliwie pokazując środkowy palec.
Jak zwykle wiatr w oczy i chuj w dupę.

Croft nie dała się wciągnąć do kłótni, tylko stanowczo podążyła w stronę kasy. Nagle poczuła, że Trent chowa się za jej plecami, bo brakło śmietników. Lara zirytowana syknęła:
- Sss... Co znowu? Bileterki się boisz?
-Nie. Widzisz tę dziwkę, o, tam? Ta suka mnie prześladuje!
-To przed nią schowałeś się za kontenerem?
-No. Prześladuje mnie jak… jak jakaś zaraza!
Rzeżączka!

-To twój problem.-powiedziała Croft, podeszła do kasy, kupiła bilety i wróciła do Kurtisa, który schował się za filarem.
-Och, przestań. Zachowujesz się jak dziecko.-warknęła.
Debil i dziecko. Oto słowa, których używa obrażona Lara. Jesteśmy z niej dumni.
Już niedługo nadejdzie gimnazjum!

-Dokąd leci?
-Do Los Angeles.
-A, to spoko.-Kurtis wylazł z ukrycia i raz z Larą udali się do odprawy.
Tylko raz. I nigdy więcej.

Finney stała przy bagażu i czekała na samolot. Chciała spróbować szczęścia w Mieście Aniołów (Los Angeles, jak się ktoś nie skapnął). Nagle zauważyła Trenta. Szedł z jakąś laską. Dakota zauważyła to z niechęcią. Ale po chwili wróciły jej zuchwałość i pewność siebie, więc uznała, że Lara nie jest dla niej żadną konkurencją.
Pewnie, wykształcona i zadziorna dziedziczka fortuny? Phi, żadnej dziwce nie dorówna.
Sasha Grey czuje się urażona:


Gdy przeszli obok niej, usłyszała urywek rozmowy:
-Nie pomyślałaś o jednym. Gdzie pójdziemy, kiedy będziemy już w Peru.
-Peru…-powtórzyła w myślach Finney. Wzięła bagaż (a nie nosiła go przypadkiem, przechodząc obok nich?) i gwałtownie zawróciła w stronę kasy, co nie przykuło wcale uwagi czujnego Trenta.

Oprócz bileterki nikogo nie było. Rzuciła na blat biurka bilet do L.A. zażądała, aby zamienić go na bilet do Peru. Gdy usłyszała odmowę, zaczęła się ostra wymiana zdań, po której doszło do szarpaniny.
Której też nikt nie zauważył.

Dakota odepchnęła od siebie bileterkę drapiącą ją po szyi na ścianę. Matrwa kobieta osunęła się na podłogę, plamiąc krwią ścianę. Okazało się, kobietę pchniętą na ścianę zabił gwóźdź, wbijając się w jej głowę. Przerażona striptizerka prędko zamieniła bilety i uciekła do samolotu.
W tym czasie ludzie w kolejce do kasy zajadali się popcornem, a ochroniarz wstał i zaczął klaskać.
Gdzie podziały się przepisy BHP?!

Przez ulice Paryża szybko biegła dziewczyna w kapturze.
Alex?

Spojrzała na zegarek.
-Kuźwa mać, samolot mi odleci! Dobrze, że bilet kupiłam wczoraj. Mruknęła i biegła dalej w stronę lotniska. Wpadła do środka z takim impetem, że aż ochroniarz się za nią obejrzał.
Wywołała tym wejściem większe zamieszanie niż Dakota.

Ale kiedy przyjrzał się jej, uśmiechnął się pobłażliwie i zawołał:
-Widzę, Katarin, że lubisz sobie pospać.
-Oh, przestań. Wykonywałam pięć zleceń jeden po dru…-Katarin spojrzała podejrzliwie spod kaptura na James’a.-Jeśli komuś wygadałeś.
Jeśli komuś nie wygadałeś, nie wykonałam żadnego.

-Spoko. Nadal cię kryję. Nikt się nie dowie o twoich tajemniczych sprawkach.
Za wyjątkiem tłumu ludzi na lotnisku, którzy was otaczają.

-Fajnie. Cieszę się. Cześć James.-mruknęła i pobiegła do samolotu.
James popatrzył na jej znikającą sylwetkę i mruknął głosem starca:
-Ach, ta dzisiejsza młodzież.-i roześmiał się.
Świetnie dubbingowałby Winstona.

Kurtis i Lara siedzieli w samolocie, czekając na start.
-No ile jeszcze mamy czekać?-zapytał zirytowany Kurtis.
-Kurtis, ty choleryku, nie widzisz, że jeszcze ludzie wsiadają?
Niedaleko nich siedziała Dakota, nerwowo rozmyślając o popełnionej zbrodni.
Nikt nie wpadł na pomysł, aby zatrzymać sprawcę czyjegoś zgonu.

-To był wypadek, to był wypadek…-szeptała.
-Hej, siedzisz na moim miejscu!
Finney podniosła wzrok. Nad nią stała dziewczyna. Dakota próbowała spojrzeć na jej twarz, ale miała narzucony kaptur.
Spadał Dakocie na oczy i nie mogła dostrzec nic poza czubkiem swojego nosa.

-Och, sprawdź swój bilet i spieprzaj.-mruknęła striptizerka.
-To TY sprawdź swój i bierz dupę w troki, bo będzie z tobą naprawdę źle.
Przestroga zabrzmiała bardzo złowrogo, więc spojrzała na bilet przez kaptur i wyniosła się, bo rzeczywiście siedziała w złym miejscu.
Kaptury są modne w tym sezonie... Najpierw Alex, potem Kat, Dakota, a teraz nawet Przestroga.

-Prosimy zapiąć pasy. Lecimy do Peru.
-Nareszcie.-szepnęli jednocześnie Lara, Kurtis, Dakota i Katarin. Zaczynał się nowy rozdział w ich życiu… po którym już nic nie będzie takie, jak przedtem…
Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.



Rozdział 8

Katarin ma kłopoty

Dochodziła 23.00. W samolocie panowała cisza. Wszyscy pasażerowie spali, oprócz Lary (która czyściła broń z latarką w zębach)
Tyle się opek w życiu naczytałam, a aŁtorkowa inwencja twórcza nadal mnie zaskakuje. Jest multum rzeczy, które można robić w samolocie, aby nie zwracać na siebie uwagi, ale Croft jak zwykle musi się popisywać.

Kurtisa (który szukał czegoś po spodniach [To zły znak]), Dakoty (którą zajmowała masturbacja) i Katarin (która pochłaniało myślenie o swojej nieciekawej przeszłości). Nagle gwałtownie wstała (nie miała zapiętych pasów bezpieczeństwa) i poszła do kibla. Zdjęła kaptur i spojrzała w swoje odbicie. Czarne, włosy, niebieskie oczy. Tylko te dwie rzeczy łączyły ją z dawno niewidzianym bratem, za którym zresztą wcale nie tęskniła.
A myślałam, że to siostra Trenta. Uff, na szczęście kolor, włosów się nie zgadza.
Ja tu zarejestrowałam tylko tyle, że ma włosy, co do koloru nic nie zostało sprecyzowane.
A więc nadal jest nadzieja.

Gunderson był coraz bardziej zniecierpliwiony, siedząc w peruwiańskich krzakach. Razem z nim było pięćdziesięciu najemników.
Też bym była zniecierpliwiona. Chcesz załatwić w krzaczkach swoje potrzeby fizjologiczne, a tu patrzy się na ciebie piećdziesięciu typa. Można czuć lekki dyskomfort.
Na pewno byli w Peru znanym wszystkim z TRL? Tam żadne krzaki nie pomieszczą pięćdziesięciu chłopa i tego grubasa. No way!

Stanowili komitet powitalny dla naszych bohaterów. Siedzieli ukryci i spoceni już półtorej godziny, a samolotu ciągle nie było.
- Carbon, która godzina? – warknął Marten do jednego ze swoich ludzi.
- Za pięć jedenasta, Most Wanted.
- Cholera…
- Widzę! Widzę! Leci! – krzyknął inny najemnik.


- Cudownie. – twarz Gundersona rozjaśnił uśmiech. – Strzelajcie!!!
Samolotem wstrząsnęło gwałtownie, budząc pasażerów. Po chwili z kabiny pilotów wyczołgała się stewardessa, która bezskutecznie zaczęła uspokajać wrzeszczących ludzi.
Co tam niewinni cywile, liczy się dorwanie Croft.
Ale zaraz… KurtilimoCrofta czy Larki?

- Kurtis, ktoś strzela do samolotu! – warknęła zdenerwowana Lara.
- Wiem! To chyba ruski komitet powitalny. – odparł Trent, wyglądając przez okienko (i tak nic nie było widać).
Bo Lara miała latarkę w pysku, a, jak mówi przysłowie, najciemniej jest pod latarnią.
A więc to dlatego warczała… Faktycznie, z latarką w ustach mówienie może być ciężkie.

Dakota zdenerwowana kręciła się na swoim miejscu, nie bardzo wiedząc co się dzieje.
Mokre stringi piły ją w dupsko.
Kulki analne się zablokowały?

- Cholera, co tam się dzieje? – warknęła Katarin, która została uwięziona w kiblu. Wyjęła pistolet i strzeliła w zamek. Szybko wybiegła z kibla i zorientowała się, o co chodzi.
- Gunderson, popamiętasz mnie. – szepnęła. Nagle jej uwagę przykuła kręcącą się Finney.
Nagle jej kręcącą uwagę przykuła się Finney. Zdanie nie sensu ma to żadnego.

- A ta co? Owsiki ma?
Powąchaj jej palce, to się dowiesz.

Cholera, jak zaraz nie przestanie, to… - dziewczyna przerwała, gdyż zorientowała się, że nie ma na głowie kaptura. Szybko go założyła. Nagle stewardessa krzyknęła:
- Spadamy! Tylko proszę nie panikować! Wszyscy umrzemy, ale proszę być spokojnym!
Katarin nawet nie zdążyła przeklnąć, a samolot jebnął w drzewo.
Gdzieś to już słyszałam...


W 5:11 słychać strzały.

- Nareszcie! W końcu spadł!- ucieszył się Marten. Po chwili mina mu zrzędła. – Wie ktoś, gdzie to spadło?
- a któreś z tamtych drzew.
— To brzoza!

- Dobra chłopcy, przeładujcie broń. Czeka nas długa walka.
- Jak to? Przecież się rozbili.
- Croft nigdy nie umarła by w taki sposób… Idziemy.
Tak się boją Lary, ale to przecież przed Katarin uciekali w podziemiach.

- Złaź ze mnie! – warknęła Katarin do Dakoty. Wszyscy zginęli, oprócz oczywiście Lary, Kurtisa i Katarin. No i Finney, która w ostatniej chwili spadła na Kat.
W gazetach będą mieli o czym pisać.

- No złaź mówię!
Ale striptizerka tak była przerażona wypadkiem i swoimi nieznacznymi siniakami, że zdawała się nie słyszeć, co mówi Katarin.
- Złaź ze mnie ty suko, bo ci zajebię!
Ciągły brak odzewu ze strony Dakoty okazał się błędem.
Nie pierwszym i nie ostatnim w tym opku.

Jej największym błędem od chwili, gdy zadarła z Kat. Dziewczyna ostentacyjnie wyjęła nóż i obcięła Finney dłoń. Efekt był cudowny.
Diagnoza: socjopatia i skłonności do masochizmu aŁtorki objawiają się poprzez zachwyt cierpieniem oraz okaleczanie stworzonych przez siebie bohaterów. Pozostawić na obserwacji i nie zbliżać się do krat.
Cóż za okrutny świat mężczyzn nienawidzących prostytutek, kobiet odcinających dłonie za pomylenie miejsca w samolocie i publiczną masturbację…

Striptizerka z wrzaskiem odskoczyła od Katarin, która z wyraźnym obrzydzeniem kopniakiem odsunęła odciętą część ciała Dakoty. Ta niecodzienna scena nie uszła uwadze Lary, która (biorąc Kat za najemnika) wyjęła berettę i wycelowała w Katarin. Ta w ostatniej chwili skapnęła się, że Croft ma ją na muszce. Unikając kuli, przetoczyła się, wstała i uciekła między drzewa.
Czego Gunderson oczywiście nie zauważył.
Akurat się podcierał.

- Co to za dziewczyna? – spytała, patrząc się w punkt lasu, gdzie zniknęła Kat.
- Nie wiem. – odparł Kurtis, zakładając bandaż na krwawiące ramię.
A temu co się stało?
Kurtis okaleczał się, aby zyskać odkupienie za grzechy Dakoty.

- To była ta sama, którą widzieliśmy w laboratorium.
- Taaak?
- Kurt, co z tobą? Dziwnie się zachowujesz.
Jak na ślimacze, latające dziecko z króliczymi uszami i debilizmem, to całkiem dobrze mu idzie.

- Ta dziewczyna mi kogoś przypomina. Chociaż… nie, to niemożliwe.
- Kogo?
- W Legionach Cudzoziemskich byłem wraz z młodszą o kilka lat siostrą. Pokłóciłem się z nią pewnego razu i…
To jednak się stało… Nawet kolor włosów nas nie uratował.

- I?
- Tyle ją widziałem. Do niedawna byłam przekonany, że nie żyje, a teraz… Zmieniam płeć co słowo…
- Mówi się trudno, ślimaki tak majo, Kurtis.

Tymczasem Katarin szła po lesie z wyciągniętym pistoletem.
Czuła czyjąś obecność. Ludzką obecność. Nagle…
- O cholera!
Choroby zakaźne mają to do siebie, że atakują z zaskoczenia. Swoją drogą lepiej jednak cholera niż rzeżączka.

Wlazła prosto w pułapkę i zawisła na drzewie. Wyjęła nóż i próbowała przeciąć liny, które ją trzymały. Niestety. Były za mocne. Dziewczyna podniosła wzrok. Pod nią stał jeden z naukowców będących na usługach Sharon. Naukowiec wyjął Dart SS i strzelił w Kat. Gdy dziewczyna usnęła, uwolnił ją z pułapki i powiedział z uśmiechem:
- Już niedługo okaże się, czy byłaś grzeczna czy nie.
Następnie wziął ją na ręce i zaczął powoli iść w stronę stojącej niedaleko okazałej świątyni…
Wstęp do dobrego pornola.
Miłość i przygody, yup? ...


Ciąg dalszy nastąpi...

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz