Tomb Raider: Trenty
By Nasty
18 luty 2018
Poprzednia analiza była tak dobra, że autorka postanowiła po latach zabrać nas w podróż w czasie. Zachęceni nowym opowiadaniem będziemy świadkami przeróżnych Wydarzeń Bez Sensu przeżywanych przez Bohaterów Bez Znaczenia. Archaiczne i współczesne jednocześnie Lux Veritatis rośnie w siłę, a Kurtis próbuje ogarnąć wszędobylski chaos, będąc chłopcem, bossem i padalcem zarazem. Pościgów, strzelanin ani seksu nie uświadczymy, ale nasz wysiłek w czytaniu zostanie nagrodzony nawet ciekawą kreacją Lary.
A Żydzi są dziwni.
Analizują: Alex, Lilka11
Gdy Kurtis Trent wszedł do baru, pierwsze,
co zrobił, to otrzepał buty ze śniegu. Słyszał, że angielskie zimy są łagodne.
Oczywiście, on musiał przebywać w Wielkiej Brytanii akurat wtedy, gdy kraj
opanowywała Zima Tysiąclecia.
A Trent jak to Trent – już od samego
początku pod górkę...
- Cześć, Nessa – wymamrotał.
Kobieta – czy raczej dziewczyna - pomachał
mu palcami, uśmiechając się uwodzicielsko.
Pragnę odnotować pierwszą zmianę płci w tym
opowiadaniu.
- Długo się nie widzieliśmy. Co u ciebie?
– zapytała dziewczyna, popijając swojego drinka z kieliszka.
Nawiedza mnie wizja setki wódki, popijanej
przez słomkę. O zgrozo.
Może Nessa chce mieć szybciej banię?
A w ogóle to brzmi też trochę tak, jakby ona mówiła i popijała jednocześnie. :D
Kurtis wzruszył ramionami. Opróżnił niemal
całą szklanicę jednym haustem.
Ten to ma spust.
Gdy on i Vanessa jeszcze byli parą,
opowiadał jej nieco o sobie. Wiedziała sporo o nim samym, ale nie miała pojęcia
o jego pracy.
Facet opowiedział jej tylko nieco, a ona
wiedziała sporo. STALKERKA!
Ona sama, pół-żartem, pół-serio,
dopowiadała sobie, że widocznie jej chłopak pracuje pod przykrywką dla rządu.
To jest poniekąd takie piękne i
niewinne, że mija już prawie dekada, a my dalej faceta po trzydziestce nazywamy
chłopakiem. <3
Z każdym rokiem bliżej nam do niego, to i
określenie zostaje. :D
Pocieszenie.
- Ostatnio są szczególnie upierdliwi –
stwierdził zgodnie z prawdą. – A co u ciebie?
- U mnie tak sobie. Skończyłam cholerne
studia i jestem teraz zawołanym kryminologiem.
Przepraszam, kim?
Może i ma dziewczyna talent, ale co z
tego, skoro to bez znaczenia dla fabuły. W dalszej części tekstu już nie występuje.
Oh, tylko bez spoilerów!
- Zawsze ciągnęło cię do dziwnych ludzi.
- Tak patrząc na ciebie, stwierdzam, że
się zgadzam.
Kurtis uśmiechnął się, szczerze ubawiony
tym stwierdzeniem. Jakby wiedziała, że jeszcze godzinę temu studiował raport o
stanie badań nad tekstami Żydów aszkenazyjskich…
Zaraz. Czy to nie jest przypadkiem jakaś
sugestia, że Żydzi są dziwnymi ludźmi?
- Długo by opowiadać – stwierdził krótko.
- Ja mam dużo czasu – oznajmiła
dziewczyna.
Wzruszył ramionami.
- No więc? Może zacznij… Skąd ta blizna?
Nie dałoby się jej usunąć?
- Dałoby się, ale chcę, żeby mi o czymś
przypominała.
- Aha. Rozumiem. A ta kobieta? – dodała,
wskazując na jego otwarty portfel.
Mówiłam, że stalkerka!
Pacz, jaka ciekawska…
Był tak nieświadomy tego, co robi, że
zupełnie nie zarejestrował, kiedy wyjął portfel i położył go, otwarty, na
blacie baru. Wyjął gotówkę, aby zapłacić za piwo, i zamknął portfel.
Pracował jako tajny agent dla rządu i zostawiał niechcący otwarty portfel. Strach pomyśleć, czego jeszcze mógł nie zarejestrować.
A fakt, że Lara ostentacyjnie okazywała swoje niezadowolenie, sprawiał, że nienawidził także panującej w Croft Manor atmosfery.
Bo rezydencja nawet po dekadzie brzmi passé.
A mnie się podoba. Przynajmniej jest klimatycznie.
Wolał przespać się w jednej z siedzib Lux Veritatis na polowym materacu niż w miękkim łóżku w starej rezydencji. Lara była przekonana, że on coraz więcej pracuje i dlatego nie bywa w domu. Kurtis wracał do niej tylko, gdy miał na to ochotę. A ochoty miał, szczerze mówiąc, coraz mniej. (…) Oczywiście, Kurtis zdawał sobie sprawę, że może to być kwestia urazu po egzorcyzmie. Mógł wypędzić demona, a nawet kilka. Znał przydatne formułki we wszystkich językach świata. Uważał się za naprawdę dobrego egzorcystę. Ale nie był, do cholery, psychologiem!
Drogi czytelniku, zapamiętaj, proszę, to o egzorcyzmach.
Lara była przekonana, że on coraz więcej
pracuje i dlatego nie bywa w domu. Kurtis wracał do niej tylko, gdy miał na to
ochotę. (...) Gdy rozpoczynał rozmowę, wzdrygała się i prosiła o powtórzenie
pytania. Patrzyła na niego tak pełnym złości wzrokiem, że milkł. Wówczas ona
mruczała coś pod nosem, i wychodziła, urażona. (...) Ale nie był, do cholery,
psychologiem!
Kurczę ;___; jakiś taki smuteczek mnie
dopadł, że taki fajny fabularnie opis jest tylko krótkim, ot, streszczeniem, czystą ekspozycją,
zamiast, na przykład, sceną rozpoczynającą rozdział. Już widzę to trzaskanie drzwiami! Nasty, czemu nie pozwoliłaś mi zobaczyć takiej Lary na własne oczy? To byłoby mistrzostwo świata i ty o tym wiesz!
Wzdrygnął się, przypomniawszy sobie, że w domu czeka na niego Lara. Jednak wizja długich, czarnych włosów, opadających na jego twarz, gdy Vanessa pochylała się nad nim, nie chciała zniknąć. Próbował zastąpić jej twarz twarzą Lary. Nie pamiętał nawet, czy kiedykolwiek widział kobietę w podobnej ekstazie. Jakoś nie chciał sprawdzać, czy potrafiłby doprowadzić ją do takiego stanu.
Larę czy Vanessę?
Trent na wpół świadomie przysunął się
bliżej dziewczyny. Mimo tego, co deklarował, czuł, że alkohol zaczyna na niego
działać.
Ale… odkąd przyszedłeś, wypiłeś tylko jedno piwo...
Ale jednym haustem!
Zadzwonił telefon. Kurtis zaklął. Vanessa odsunęła się od niego.
- Odbierz – powiedziała, popijając znów swojego drinka.
(…) Przy okazji mężczyzna zobaczył na wyświetlaczu, że ma nieprzeczytaną wiadomość. „Kiedy będziesz?”, brzmiała treść SMS-a od Lary. Trent zignorował go.
- Hej, Kurt. (…) Słuchaj, mamy dziwną sprawę… (…) Jakaś staruszka, podejrzewamy, że kabalistka, włamała się na Strahov. (…) Twierdzi, że to nie ma znaczenia. Ale chce się z tobą zobaczyć.
- Jak wygląda?
- Starsza. Ma siwe włosy, ciemne oczy… hm,
szczupła. I chyba nie ma kilku zębów. Nie wygląda jakoś szczególnie.
- Nie kojarzę, ale mogę jej poświęcić parę
minut. Sprowadźcie ją do Anglii.
Opowiadanie sugeruje, że Kurtis jest kimś
wysoko postawionym w Lux Veritatis, oznacza to, że ma on ludzi od sprawdzania co chce człowiek, który zamierza z nim rozmawiać. A co jeśli pofatygowałby
się do niej, a ona kiwałaby się na krześle i powtarzała uporczywie kisiel,
budyń, kisiel, budyń…? Chyba poleciałoby klika głów. Poza jej zachowaniem
właściwie nic nie przekonuje do spotkania osobiście. To tak jakbym ja
zadzwoniła do prezydenta i zażądała widzenia. Zignorowaliby mnie. Nawet gdybym
przesiadywała dzień w dzień pod pałacem prezydenckim.
Właściwie to też trochę dziwne, że nie
wziął sobie tego jako pretekst, by uwolnić się od toksycznego związku… Najpierw
wielka ekspozycja sugeruje nam, że Kurtis jest nieszczęśliwy, a potem jak
przychodzi co do czego, to okazuje się, że on tak na własne życzenie.
- Będzie tu jutro rano.
- To przesłucham ją jutro.
- Dobra, Trenty. Do zobaczenia!
Czy prawa ręka szefa naprawdę sam
przywiezie dziwną babcię? To kto zostałby na miejscu, jakby za dwa dni
znalazł się jeszcze jakiś dziadzio do przesłuchania?
Siwowłosa, drobna kobieta siedziała na
krześle, kiwając się na boki. Rozglądała się po pomieszczeniu, na przemian
mrucząc i nucąc coś pod nosem.
– Kisiel, budyń, kisiel, budyń…
W obliczu tego uśmiechu jego dobry humor i
pewność siebie jakby… zbladły.
Gość pokonał Boaz, z Larą
poradzili sobie z Eckhardem i Karelem, uratowali świat; teraz jest super-szefem super-organizacji i ma moce. Ale blednie na widok jakiejś babci.
- Jest pani z Lux Veritatis? – zapytał on.
Come on! Jest przywódcą i nie wie, kogo ma w
ekipie?
- Znam tę melodię – szepnął. – Jest pani z
Kabały?
- Pan Karel wysłał mnie parę dni temu,
abym wykonała bardzo ważną misję.
Znów zachichotała, a w jej oczach pojawił
się błysk rozmarzenia. Kurtis rozpoznał ten wzrok: Lara w podobny sposób
patrzyła kiedyś na Karela.
Karel. Wysłał. Babcię.
…
I nie uznał, że zakonnicy mogą ją
potraktować nieco... z góry?
...
SERIO?
- Karel nie żyje – oznajmił poważnie.
- Nie osobiście. – Wskazała na swoją
skroń. – Tutaj.
- Jak sądzę, jest pani pod wpływem
któregoś z jego demonów. Wyleczymy panią i wtedy…
- To żaden z jego demonów. To pan Karel. Z
krwi i kości.
- Z krwi i kości, ale tylko w twojej
głowie – mruknął Kurtis pod nosem. Głośniej zaś powiedział: - Jaką misję pani
powierzył?
- Odzyskania dokumentacji w sprawie
wybudzenia Śpiącego.
– Już po nie lecę! – powiedział Kurtis z
entuzjazmem.
- Śpiący został zniszczony – wyjaśnił jej
spokojnie, jakby mówił do dziecka.
- Oczywiście, że tak – potwierdziła
kobieta, uśmiechając się.
- Więc po co wam dokumentacja?
- Nie sądzicie chyba, że tak łatwo się
poddamy.
Potężna Kabała i Karel nasyłają bezzębną
babcię, aby rozbiła od wewnątrz LV. Nawet im tętnic nie poprzegryza.
Mnie rozbraja to, że Kurtis w ogóle z
nią dyskutuje.
W celach Lux Vertatis uwięziono kilkunastu
członków Kabały. Opowiadali o niezrealizowanych planach sekty, o jej
organizacji i kryjówkach. Nikt nie bredził o ponownym obudzeniu Śpiącego.
Lepiej przesłuchać któregoś z tych więźniów niż tracić czas na tę dziwną
kobietę.
Albo wykorzystać fakt posiadania
podwładnych... Naprawdę, do ostatniej chwili liczyłam, że ta babcia to Karel.
Nawet jeśli byłoby to zbyt oczywiste.
Nie mówiąc już o tym, że mógł spędzić
jeszcze parę upojnych chwil w łóżku Vanessy.
Dla ciekawskich, wątek Vanessy nie ma
absolutnie żadnego znaczenia dla fabuły opowiadania. Jeżeli jakakolwiek w nim
jest.
Właśnie trochę mi szkoda, bo do końca
sądziłam, że przynajmniej seksy będą ku pociesze czytelnika, no ale nie.
Vanessa pojawiła się tylko po to, aby Kurtis mógł sobie poeksponować w myśli
nieudany związek z Larą. Chociaż… Właściwie bez Vanessy też mógł.
Więc jednak po co?
Może Nasty chciała nam pokazać, że z
Kurtisem potrafiła być więcej niż jedna kobieta?
No dobra, ale tak właściwie kiedy on niby był w tym
poważnym związku z Vanessą? Podobno przed Paryżem, więc zaraz po legionie, w
trakcie planowania zemsty na ojcu, czyli kiedy dostał się do Kabały jako
najemnik? Nie widzę tego... Albo poważne związki, albo całkowite poświęcenie zemście i odbudowanie zakonu, nie?
- Gwarantuję, że panią wyleczymy – dodał
na zakończenie rozmowy.
Wstał, aby wyjść z sali przesłuchań.
Kobieta dodała pod nosem:
- I Karasznikow nam pomógł.
Kurtis
zamarł w pół drogi do drzwi. Usiadł z powrotem na krześle. Wpatrzył się w
przesłuchiwaną.
- Może pani powtórzyć? – poprosił.
Ta jednak tylko rozejrzała się znów po
sali nieobecnym wzrokiem. Mruczała pod nosem coś po czesku i kiwała się na
boki.
– Kysel, pudink, kysel, pudink...
- Już czas – oznajmiła. – Powiedziałam za
dużo.
Właściwie to cała jej wycieczka wydawała się
być nie w celu zdobycia dokumentów, ale podpierniczania kolegów z pracy do
Trenta.
Tylko że to nadal bez sensu. Mogła po prostu wysłaś esemesa.
Kobieta kiwała się coraz szybciej, płomień
rozprzestrzeniał się, a ona śmiała się coraz głośniej. W powietrzu unosił się
dym i swąd spalenizny. Kurtis ocknął się, gdy alarm przeciwpożarowy zawył
rozdzierająco. Wyciągnął rękę w kierunku kobiety i gorączkowo próbował
przypomnieć sobie słowa zaklęcia, które ugasiłoby płomienie.
Przecież tak się chwalił, że
zna inkantacje we wszystkich językach świata. Mógł sobie wybrać. Żadnego nagle
nie umiał sobie przypomnieć?
Drażniący nos i oczy dym, dźwięk alarmu i
śmiech kobiety rozpraszały go. (...) Od ich blasku Kurtis musiał zamknąć
oczy. Gdy pod powiekami nie widział już świetlistej poświaty, otworzył oczy.
Prawdziwy Boss, Najwyższy Mnich, Ostatni
Inicjator. Mhm.
Z trudem przypomniał sobie słowa formułki.
Wypowiedział kilka z nich, lecz nie podziałały.
A swoją drogą jak to jest właściwie z
dobieraniem języka? Zwykle bywała to łacina, a w Lux Veritatis ? Trzeba dobrać
język do pochodzenia ofiary, bo inaczej formułka nie zadziała?
Po kobiecie nie został nawet ślad.
Popatrzmy na dobre strony – przynajmniej
nikt nie musi sprzątać.
*
Gdy wszedł do pokoju Lary, pierwszym, co
zarejestrował, były zaciągnięte wokół łóżka zasłony. Ze środka przebijało
światło latarki.
Larka założyła własną bazę z kocy i krzeseł. Też chcę!
Pokój pozostawał oświetlony także dzięki
ogniowi, palącemu się na kominku. Już od progu czuć było panujące w
pomieszczeniu gorąco.
Jak to na kominku? W sensie że nad
kominkiem?
- Kto tam? – usłyszał zduszony głos Lary.
Kurtis podszedł bliżej, nieco zaniepokojony.
Rozsunął zasłony. Ledwie to uczynił, ujrzał ostrze noża, wycelowane w swoje
lewe oko.
- Oszalałaś?! – warknął zamiast powitania.
Ta scena jest ostro nieteges, skoro Lara
wiedziała, że Kurtis u niej mieszkał i aktualnie nie było go w domu… Chyba że
faktycznie z Larą jest tak ostro nieteges, wtedy to propsuję, bo taka Lara wypada naprawdę oryginalnie; lubię takie traumy w bohaterach po przejściach. Ale to w takim razie Kurtis wyszedł
w barze i u Nessy na zdradliwego, nieczułego gnoja, a i to eufemizm. Takiego Kurtisa nie lubię.
Nikt nie każe nam lubić bohaterów czy kreować bohaterów pozytywnych, ale przez to streszczenie z wcześniej nawet nie czuję, że Kurtisowi zależało i że się wcześniej starał. Ot, pomarudził na swoją chorą kobietę, puścił się z inną dupą i elo.
Uniosła głowę, by spojrzeć mu w twarz.
Trenta zaskoczył jej spokój. Choć może bardziej pasowałoby określenie
„obojętność”. Nie wiedzieć czemu, rozdrażniło go jej podejście.
- A dlaczego tak? – parsknął.
- Próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie, co
mi jest.
Jak dla mnie objawy wskazują na schizofrenię
i światłowstręt.
Tręt. TRENT.
HE HE.
Objaw trentowstrętu – to o mnie!
Lara skuliła się trochę. Kurtis przestał
zwracać uwagę na jej słowa, a skupił się na gestach. Kobieta wyciągnęła rękawy
długiego swetra tak, że zakrywały jej dłonie. Spoglądała ponad ramieniem
mężczyzny, jakby zaraz miała za nim kogoś ujrzeć. Miała podkrążone, błyszczące
oczy, jak w gorączce. Nagle poczuł wyrzuty sumienia. Nie powinien spędzać
wczorajszej nocy z Vanessą. Właściwie nie powinien był wcale iść do baru, tylko
po pracy wrócić tutaj. Może gdyby tak zrobił, Lara nie siedziałaby teraz w
piekielnie gorącym pokoju, odseparowana od świata kotarami łóżka, w jednej ręce
trzymając nóż, a w drugiej księgę o niebezpiecznych, legendarnych istotach.
To jest wprawdzie wszystko napisane
ładnymi zdaniami, ale po dłuższym zastanowieniu… też nie ma sensu. W scenie,
kiedy Kurtis wchodzi do baru, mogliśmy dowiedzieć się, że jest w Anglii nie od
dziś. Na dodatek jest z Larą w związku i prawdopodobnie nie opuszcza jej od
akcji z Monstrum. W tym czasie zdążył przywrócić do działania zakon (jak?),
odtwarzając też kryjówki i zatrudniając sobie ludzi (za co właściwie? skąd miał
na to kasę, skoro gardził majątkiem Lary?). No i przez ten cały czas zdawał
sobie sprawę z choroby Lary. Sam mówił o jakichś egzorcyzmach, był świadomy,
jak Lara zachowuje się w domu, bo widok zasłon itp. wcale go nie zdziwił. Lara
więc nie choruje od dziś, od teraz, żeby myśl o jej pomocy nagle trafiła
Kurtisa nagle niczym słodkie katharsis.
Coś tu ostro nie gra fabularnie. Tak po prostu.
Ja mam wrażenie, że ten tekst zajmuje za mało miejsca i aż się prosi o wypełnienie czymś soczystym, no ale komu by się chciało…
No ale skoro jego wina była większa
niż poprzednio, to i kara musiała być surowsza. Wówczas pamiętał o świętach,
ale nie miał okazji w nich uczestniczyć.
Tym razem całkowicie zapomniał o
urodzinach Lary.
Ostatnio nachodzi mnie pytanie… Po co Kurtis
jest w tych toksycznych związkach z Larą? W których według większości opowiadań
nawet nie chce być?
Coraz bardziej nie cierpię tego
Trenta. A to też poniekąd sztuka, bo zwykle kocham go całym serduszkiem.
*
Trzy dni po tym, jak w sali przesłuchań
padło nazwisko Karaszanikowa, Kurtis nadal wiedział niewiele więcej.
Oczywiście, w końcu nie spytał Lary o Rosjanina. Później uznał, że to lepiej.
A, czyli wcześniejsza wizyta babci też okazała się bez znaczenia; Strzelba Czechowa, która nie wystrzeliła, bo nie, więc po co o niej wspominać, jeśli fabularnie jest bez sensu, bez związku z dalszą akcją? Czy tu w ogóle cokolwiek się z czymkolwiek jakkolwiek lepi?
Z czystej złośliwości – za karę, że
zapomniał o jej urodzinach – nie udzieliłaby mu żadnych informacji albo
skłamałaby.
W to też mi ciężko uwierzyć. Laska
wyszukuje w dziennikach i książkach, co jej może być, przy okazji współpracuje
z Kurtisem i pomagała mu swego czasu na pewno osiągnąć to, co osiągnął, pamięta
zapewne, jak niebezpieczne mogło być odrodzenie Śniącego, a teraz nie pomogłaby,
bo… urodziny? To tak bardzo nie pasuje do poważnej kobiety... To tak bardzo źle się czyta. Im jest się starszym, tym pewne rzeczy znacznie trudniej łyknąć.
Ujrzał na wyświetlaczu numer Jacoba.
Odebrał i zamarł w oczekiwaniu na nowiny.
Nachodzi mnie pewna nostalgia, że
nasi bohaterowie nigdy nie zapisywali sobie kontaktów, tylko pamiętali
wszystkie numery na pamięć. XD
- Nic a nic. Facet nadal przeżywa śmierć
swojej siostry. Początkowo był na zwolnieniu, a teraz rzucił pracę. Uwierz mi,
nie wygląda na gościa, który dopiero co krzątał się po ruinach w poszukiwaniu
tajnych dokumentów.
A to nie babcia chodziła po ruinach? Kocham
ten brak konsekwencji.
Ja już dawno się zgubiłam. Nie wiem, o co chodzi – czemu Kurtis jest takim nieczułym gnojkiem, jakim cudem stał się wielkim bossem i o co chodziło z babcią czy tam Karelem... Nic nie wiem, fabuła niczego nie tłumaczy.
- Przesłuchiwana na pewno nie podała jego
nazwiska bez powodu…
Jak byk rzuca się
w oczy, że babka chciała tak o skłócić Trenta z Larą nie wiadomo po co albo wzbudzić przynajmniej
podejrzenia wobec Łuki… To. Dałoby się. Przewidzieć. Wystarczyłoby być bohaterem mającym zdolność samodzielnego myślenia. A Kurtis, jak to Kurtis, łyka wszystko jak karp pączki.
A mnie nadal śmieszy fakt, że Karel, aby
ogłosić, że żyje, wykorzystał jakąś babulinkę.
[Jacob:] - Fakt, że kiedyś kręcił z Croft, nie znaczy, że od razu musi być z Kabały.
Kurtis akurat sięgał po popielniczkę, aby
strząsnąć do niej popiół z papierosa. Zamarł w pół ruchu. (...)
- Jak to: kręcił z Croft?
Jak to: kręcenie z Croft od razu kojarzy się z byciem w
kabale?
Wiem, że nic nie wiem.
- No, jeśli wierzyć temu, co mówią…
- Nic mi nie wiadomo o ich rzekomym związku.
Bo, drogi Kurtisie, w dzisiejszych
czasach kręcić nie jest przecież synonimem chodzenia.
Wrócił do przeglądania planu spotkań na
kolejny dzień. Niewiele rozumiał z czytanego tekstu. W głowie tłukło mu się
„kręcił z Croft”. Wreszcie, zniechęcony, oderwał wzrok od monitora.
Kiedy zdradzasz kogoś, ale martwisz się, że
ten ktoś zdradza ciebie.
Psy ogrodnika te Trenty.
- Przepraszam, hasło… Fructum eorum.
- A fructibus
eorum cognoscetis eos.
Ze względów bezpieczeństwa, Zakon ustalał
hasło, którym mieli porozumiewać się jego członkowie.
- David Tackett, Bristol, wydział
policyjny Lux Veritatis.
Aż się oplułam z wrażenia. Kurtis ma
swój wydział policyjny?!
- Czy to wy mieliście zlecone poszukiwanie
tego… pociągu… jak on się nazywał?
- Pociągu Sartaela. Tak, właśnie w tej
sprawie dzwonię.
Trent zerwał się z krzesła. Nie zauważył,
że strącił popielniczkę na podłogę.
- Znaleźliście go?! – niemal krzyknął.
Chwycił kurtkę i wybiegł z pokoju,
rozmawiając przez telefon.
Niby taki ważny, ale zdążył zapomnieć jego
nazwę.
Technicznie rzecz biorąc i sugerując się
obecnością wykrzyknika, był to krzyk pełną gębą.
*
Historia o tak zwanym Pociągu Sartaela
krążyła w Zakonie od niepamiętnych czasów. Obiekt obrósł w wiele legend, nieraz
jedna wersja zaprzeczała drugiej. Można było dotknąć pociągu i mieć zapewnione
szczęście do końca życia. Albo, w zależności od wersji legendy, paść trupem na
miejscu. Ponoć początkowo do napędzania maszyny używano węgla z ziemi, w której
pochowane były nefilimy, tudzież z wnętrza góry Ararat, gdzie Arka Noego
osiadła po Wielkim Potopie. Dym, wydobywający się z komina pociągu, miał mieć
właściwości trujące lub lecznicze. Spojrzenie w światła jadącego pociągu w
Szabat (Szabat, według żydowskiego kalendarza, to święty dzień tygodnia, w
którym nie wolno pracować. Przypada w sobotę. Chrześcijańskim odpowiednikiem
jest niedziela – przyp. aut.) miało wywołać wizję dziewięciu zastępów
anielskich.
Pomijając, że całe streszczenie jest bardzo
drętwe, płaskie i szare, to sądziłam, że z „przyp. aut.’’ już wyrośliśmy.
No i generalnie szabat nie jest wcale
jakimś nieznanym pojęciem, by wymagał przypisu.
Obiekt stał się cenny dla Lux Veritatis od
czasu, gdy jeden z więźniów wyznał, że w pociągu znajdują się dane wszystkich
członków Kabały.
To mi trochę przypomina poszukiwanie Złotego Pociągu.
Zakon prowadził akcje poszukiwawcze od
ponad pół roku. Zaangażował w tym celu wiele oddziałów w Europie. Natrafiono na
pewne poszlaki. Z czasem poszukiwania zawężono do samej Anglii.
Widzisz, Alex. A ty się dziwiłaś, że on
nie zna wszystkich swoich ludzi...
(Stale się zastanawiam, jak Kurtis
poradził sobie ze zorganizowaniem tego wszystkiego; w ogóle wątpię, że taki
zakon jak Lux Veritatis z dorobkiem Konstantina, stworzony po to, by chronić
tajemnice przed Kabałą, o którym nikt nigdy właściwie nie słyszał, mógłby się
aż tak rozwinąć. Na dodatek irytuje mnie, że tu nic nie jest napisane wprost. Nasty
wprawdzie wymyśliła, że LV urosło do rangi jakiejś wielkiej światowej
organizacji, ale to wciąż tylko ogólniki. No bo, na przykład, czy członkowie LV
dalej pielęgnują tradycje inicjacji, mają moce telekinezy i rentgen w oczach?
Nie, są to raczej zwykli… policjanci podpierdzieleni Brytolom i Czechom? Nie
wiem, jak do tego doszło oraz czym dokładnie są teraz zakon oraz Kabała, co się
dzieje z Karelem. Bo ciężko mi uwierzyć, że jakiś tajemniczy czeski syndykat zbrodni
urósł do rangi, nie wiem, terrorystów na skalę europejską, a Kurtis nagle jest
bossem rządu antyterrorystycznego. To jest zwyczajnie śmieszne. Mogłoby nie być, ale Nasty, nie wyjaśniłaś, jak do tego wszystkiego doszło, a aby wprowadzać tak wielkie zmiany do uniwersum, potrzebne jest jakieś podłoże fabularne, coś, co pomoże nam uwierzyć w tekst. To nie do końca działa tak, że możesz napisać wszystko i czytelnik wszystko to łyknie bez zastanowienia. Wiem, że to miniatura, ale to w takim razie nie podejmij wątków, których nie jesteś w stanie realnie obronić i zrealizować).
Trent natychmiast zaalarmował londyńską
jednostkę od zadań specjalnych i wydział policyjny.
Godzinę później pięćdziesiąt osób zostało
przewiezionych z Londynu dwiema wojskowymi ciężarówkami. Kurtisowi szczególnie
zależało na powodzeniu akcji. Był niemal pewien, że w wykazie członków Kabały
odnajdzie nazwisko Karasznikowa.
To wszystko to też niezła baja.
Ciekawe, co na to, nie wiem, RZĄD BRYTYJSKI?
BTW., streszczenia na taką skalę... są... złe. Cały tekst to obecnie ze trzy dialogi na krzyż, reszta stanowi ładnie opisane sprawozdanie.
Kurtis poprosił, aby dowodzący akcją,
Heinrich, wybrał najbardziej doświadczonych rekrutów.
To też brzmi samo w sobie absurdalnie.
Doświadczony rekrut. Aż prosi się, aby wszystko spieprzyli.
- Fructum eorum - zawołala
Heinrich.
- A fructibus eorum cognoscetis eos.–
odpowiedział mu głos z naprzeciwka.
Heinrich rozkazał żołnierzom opuścić broń. To samo uczynił dowódca drugiej grupy.
Wychodzę z założenia, że hasło, które
jednocześnie jest okrzykiem bojowym, który mogą usłyszeć niepowołane osoby, gdy
drze się ryja pod kryjówką wroga, jest kijowym hasłem.
- Świetnie sobie radzicie. Właściwie nie
wiem, po co my tutaj – uśmiechnął się Kurtis.
Nie oszukuj się, Trent. To chairmani
zwykle zdobywają laury.
David odpowiedział po chwili ciszy:
- Uznaliśmy, że to pan, panie Trent, powinien
otworzyć sejf.
Kurtis chciał odpowiedzieć, że nie ma
takiej potrzeby, że to zbędne, że przecież to David odnalazł pociąg i
pokierował akcją przełamania pułapek. To on, jako inicjator i dowódca, powinien
jako pierwszy otworzyć sejf.
(Pssst. Ten fragment to tylko kolejny
zapychacz-obiecywacz-rozczarowywacz. Za chwilę dowiemy się, że ani jeden, ani
drugi nie będą umieli otworzyć sejfu…).
I oczywiście, jeśli David jest podwójnym
agentem, to powinien spalić wszystko, co trzeba.
Nie rób nadziei. :<
Kurtis pamiętał zarazem, że Lux Veritatis
potrzebuje silnego przywódcy, i nie powinien umniejszać swojej roli. Zamiast
silić się na uprzejmość, odparł tylko:
- Oczywiście.
Nie powinien umniejszać sobie roli przywódcy, który upija się połówką piwa,
pozwala spłonąć kobiecie przez chwilową amnezję i nie jest pewny nazwy
najważniejszego reliktu życia.
- Też tak pomyśleliśmy. Z drugiej strony,
to bardzo dobre miejsce. Kto by szukał pociągu Sarteala na tym odludziu?
- Gdyby spojrzeć na to z tej strony…
racja.
Przecież na nie-odludziach już dawno ktoś by go znalazł.
Kurtis skinął głową. Wskazał na dwóch
przypadkowo wybranych ludzi z londyńskiego oddziału: jednego policjanta i
jednego żołnierza. Pokonał kilka schodków i wkroczył do wnętrza wagonu.
No tak, przecież to wcale nie są tajne
rzeczy wymagające zaufanych współpracowników.
Z drugiej strony któraś z legend mogła
być prawdziwa i ten, kto dotknie pociągu, umrze. Będąc Kurtisem znającym
możliwości Alchemika i pamiętającym zabawę w Sanitarium, raczej nie pchałabym
się pierwsza.
Unosiły się tumany kurzu i zapach
zgnilizny. Podłoga lekko uginała się pod jego stopami.
Ujrzał wyrwy niektórych w miejscach.
Czyje? Gdzie?
W jednym z kątów wagonu ujrzał stos
przedmiotów. Domyślił się, że to rozbrojone pułapki; w ciemności dostrzegł
błysk metalowej klamki (pod napięciem? eksplodująca przy nieodpowiednim
dotyku?), zatrzask, kuszę, pojemniki z gazem, czujniki ruchu, ostrza w różnych
formach, małe roboty. David odwalił kawał dobrej roboty, rozbrajając je przed
przyjazdem oddziału z Londynu.
Nie dziwi mnie, że Kabała upadła. Zamiast
spakować manatki w bezpieczne miejsce, zostawili je we wraku na pustkowiach i
obstawili pułapkami. A tak to ani pieniędzy, ani dokumentów.
No nie, ale serio… Legendarny pociąg
sprzed paruset lat i elektroniczne czujki ruchu? Klamka pod napięciem, ale kusza – broń biała, zamiast, nie wiem, strzelających laserów? Ktoś tu
chyba nie do końca przemyślał ten wątek.
Kurtis przeszedł powoli przez wagon,
rozglądając się dookoła. Czuł swój przyśpieszony oddech. Słyszał kroki dwóch
podążających za nim ludzi. Ich obecność nieco go uspokajała.
Mnie nie uspokaja wcale.
Z bijącym mocno sercem podszedł do sejfu.
Gdzieś słyszał, że ów sejf miał być stary jak sam pociąg. Zaprojektowany
przez jednego z kabalistycznych zegarmistrzów, uchodził za unikat. (...)
Zmotywowany, podszedł bliżej do sejfu, przyklęknął naprzeciwko niego.
Przyglądał się mu przez chwilę w świetle latarki. Sejf przypominał małą,
stalową komodę. Jedyny akcent dekoracyjny stanowiło złote, okrągłe pokrętło na
środku. Na nim dało się dostrzec cyfry.
Okej podobno pociąg zaprojektował sam
Czarny Alchemik w drugiej połowie XIX wieku. Sejfy stalowe to też faktycznie
ten okres, ale naprawdę chcesz mi wmówić, że ktoś, kto jest ALCHEMIKIEM z XIX wieku,
projektuje z jakimś kabalistycznym zegarmistrzem sejf na cyferki, zamiast, nie wiem, na rygle i zaklęcia?
Jego budowa nie była dokładnie znana, ani
podobna do innych sejfów. Już za chwilę nieznany mechanizm
wybuchnie i będzie koniec opowiadania? wydobędzie dokumenty, dzięki którym Kabała
zostanie unicestwiona raz na zawsze.
A to, mając za plecami siłę policji z chyba praktycznie całej Europy, nie dało się złapać kilku czeskich mafiosów? Po co są te dokumenty? Jak Kurtis chce ich użyć? Coś zbudować? Coś opublikować? Będą tam, nie wiem, mapy kryjówek? OPOWIADANIE, PROSZĘ! DAJ MI SIĘ ZROZUMIEĆ!
Gdy ten wyszedł, drugi z towarzyszy
podekscytowany zagadał Kurtisa:
- I co? Da się to otworzyć?
Trent wzruszył ramionami.
Nie, ale jeżeli ustawisz kod 2001, przyleci
samolot i rozdupcy jakiś znany budynek.
Hans, luxveritatisowy specjalista od sejfów,
przyklęknął energicznie obok Trenta.
Nigdy wcześniej nie widziałam
przymiotnika od nazwy zakonu. Wygląda zabawnie. :D
Przyłożył dłoń do złotego pokrętła, a
następnie zaczął dłonią badać ścianki dookoła.
- Facet maca sejf – zarechotał
mężczyzna, który przywołał Hansa.
Powstrzymajcie tę karuzelę śmiechu.
Na jakiej zasadzie on jest specjalistą?
Co daje macanie?
Fabuło! Daj mi się zrozumieć!
- Ciekawe, nie widziałem nigdy podobnego –
powiedział tamten z entuzjazmem. – Myślę, że sejf mógł powstać na
początku XIX wieku, obstawiałbym, że to robota francuskiego speca, i to
wykwalifikowanego, tylko nie mam pojęcia, w jakim warsztacie. Wykonany z…
Właśnie mi się przypomniało, że
właściwie to tęsknię za Alisterem. :(
- Dasz radę go otworzyć? – przerwał Trent
jego tyradę.
Facet powiedział ledwo dwa zdania, Kurt.
To jeszcze nie jest tyra… A w ogóle jak to jest? Pierwszy raz widzisz na oczy
coś, na czym ci tak cholernie zależało i w ogóle nie interesujesz się tematem?
Dodam jeszcze, że nie znam tego sejfu.
Nie wiem, jak obejść zabezpieczenia.
- Czyli wszystko na nic?
- Zabierzmy go do Londynu.
Wciąż zastanawia mnie, dlaczego ludzie z
Kabały są aż tak upośledzeni w tej historii? Czym sobie zasłużyli? Bo żeby
zostawić wszystko, co cenne, w jakimś pociągu i dać sobie to podpieprzyć? Nawet
tego nie strzegąc w żaden sposób, poza jakimiś pułapkami, które wyglądają na
bardziej amatorskie niż te, nie wiem, tysiące lat starsze, chociażby egipskie?
Z jednej strony wielki wybitny Pieter van Eckhardt, a z drugiej zmniennokształtny Nefilim Karel, który
wysyła babcię po nic i nie pilnuje dorobku swojego życia?
Fabuło! Jesteś kompletnie od czapy!
- Ten sejf musi ważyć jakieś
trzysta kilo…
- Możliwe. Mamy ze sobą przeszkolonych
żołnierzy. W sześciu udźwigną sejf. David może przywieźć rolki do
transportu z Bristolu. Musimy tylko wynieść sejf z wagonu.
Kasa pancerna, sezam, skarbczyk, skarbiec,
skarbnica, trezor, skrytka, szafa ogniotrwała, kasa, kasa ogniotrwała, szafa
pancerna...
Ewentualnie zaimki: ten, go…
Kurtis kiwnął głową, nieco rozczarowany.
Niestety nie tylko Kurtis.
Liczył, że od razu uzyska odpowiedzi na
swoje pytania.
Jakie pytanie? Czy Larka należy do
Kabały i flirtowała z Łuką? Jakie to ma znaczenie fabularne?
Chcę wiedzieć, co jest ważne, a nie wiem. Chcę opowiadanie, a dostaję zlepek ledwo napoczętych, dziwnych wątków bez rozwiązania.
Trent wrócił do wagonu, aby zobaczyć, jak
idzie żołnierzom podnoszenie sejfu. Trafił na moment, gdy mężczyźni ostrożnie
przewracali obiekt. Gdy sejf będzie na dłuższym boku, łatwiej będzie go
nieść. Kurtis z pewnym niepokojem obserwował ich wysiłki, wyobrażając sobie,
jak umieszczona wewnątrz fiolka z kwasem pęka i niszczy zawartość pudła.
BRAWO! Pierwsze synonimy. Aż musiałam z dumy
pogrubić litery.
Skoro tam faktycznie mogła być jakaś fiolka, nie lepiej byłoby być bardziej ostrożnym i zaplanować jakąś akcję, a nie brać na gwałt sejf na plery?
Poza tym gdy Kurtis wchodził do wagonu, skrzypiała pod nim podłoga, było też pewnie dość ciasno, jak to w pociągu. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak sześciu rosłych kolesi ponosi trzystukilową komodę i wynosi ją z wagonu. No po prostu nie potrafię. Może mi to ktoś rozrysować?
Powoli ruszyli do wyjścia. Kurtis już
szykował się, by zrobić im przejście, ale zamarł na chwilę.
- Zatrzymajcie się – powiedział.
Zrobili, jak rozkazał. Ktoś zapytał:
- O co chodzi? Jest ciężkie jak…
- Cisza! – rozkazał Trent.
Stali moment, nasłuchując. W ciszy
rozległo się słabe piknięcie. Później kolejne. I jeszcze jedno.
- Słyszeliście ten dźwięk wcześniej? –
zapytał Kurtis.
Pokręcili głowami. Pikanie przyśpieszyło.
Zrozumiał, co się dzieje. Żołądek podszedł mu do gardła.
- Uciekamy! – zawołał.
Zerwali się z miejsca. Ciężar bardzo ich
spowalniał.
Oni. Chcą. Zabrać. Ze. Sobą. BOMBĘ?! :D
Życie im niemiłe czy jak?
Takich kwiatków nie widziałam nawet w
opowiadaniu z 2008, tej samej autorki.
Nie mogli znaleźć wspólnego rytmu. Jeden z
mężczyzn potknął się, upuścił sejf, upadł. Zaskoczeni koledzy próbowali
utrzymać przedmiot w górze, ale nie udało im się. Ten, który upadł, szybko
przeturlał się na bok, aby nie przygniótł go sejf. Następnie zerwał się i z
pozostałymi mężczyznami próbował podnieść ciężar.
Niech skisnę; koleś upadł, trzystukilowy sejf na niego
spadł, ale ten zdążył się jeszcze przeturlać? A jakieś prawo grawitacji, cokolwiek? I dlaczego Kurtis nie pomoże chłopakom swoją telekinezą? Nie ma już mocy?
- Pociąg za chwilę wybuchnie! Szybko, byle
jak najdalej!
No to w końcu pociąg jest bombą czy
sejf? Jeżeli to pierwsze, to dlaczego bomba uaktywnia się w drodze do wyjścia,
a nie już w drodze do wejścia? I czas jest nastawiony akurat tak, aby
włamywaczom udało się przeżyć? Nawet jeżeli wlekli się z trzystukilowym sejfem na plecach? Kto
konstruował tę bombę? GUNDERSON?
Akurat tym, ekhm, profesjonalistom nie
udało się go wynieść, ale zakładam, że w XXI wieku, mając do dyspozycji
narzędzia rządowe, dostęp do nowych technologii, sejf dało się
wynieść/zabezpieczyć inaczej. Może za pomocą jakiejś maszyny?
I tak strasznie wkurza mnie
ułomność bohaterów. W tym opowiadaniu jeszcze nic nikomu nie wyszło. NIKOMU.
Pierwsza: Stracił możliwość udowodnienia,
że Łuka Karasznikow przynależy do Kabały.
Co by mu to dało? Jaki ma to związek z fabułą?
Druga: Gdyby nie wpadł w panikę i nie
wszczął akcji ewakuacyjnej, być może archiwum nadal by istniało.
I to już… koniec? Nic więcej?
Nie mamy pojęcia, co powiedzieć. Tak, to już koniec. O
kontynuacji ani widu, ani słychu. Właściwie, z całym szacunkiem, to nawet
lepiej.
Przeżywamy tutaj istny time travel. Opowiadanie
przypomina coś zaczętego jedenaście lat temu i dokończonego na siłę. Cała
historia ma zbyt wiele wątków. Niepotrzebnych oczywiście i niczego nie
wnoszących. Napisanych dla samego napisania.
Jest nam mega przykro, bo ani postać Lary, ani Vanessy
nic nie wniosła. O ile ta pierwsza ma niewykorzystany potencjał (bo wątek z
chorobą był sam w sobie strzałem w dziesiątkę, bardzo oryginalny), o tyle druga to pusta
zapchajdziura (to już mogłaś chociaż wpleść seksy dla uciechy). Zastanówmy się,
co by było, gdyby i scena w barze, i w rezydencji, nie miały miejsca. Ba,
gdybyś nie stworzyła sceny z babcią! Czy zmieniłby się plot fabularny? No nie.
Kurtis i tak dostałby telefon o ważnym pociągu, więc poszedłby to sprawdzić.
Tyle. Tylko to ma jakiekolwiek znaczenie. Sceny w tej historii zwyczajnie się
nie lepią, a muszą, cholera, no muszą.
Klimat i tematyka opowiadania byłyby naprawdę
genialne, gdyby nie były okrojone na potrzeby krótkiego epizodu.
Prawdopodobnie, gdyby fabuła była czymś samodzielnym, a nie FF. Tak
naprawdę mamy wrażenie, że pierwszy raz uniwersum TR… mocno szkodzi. Tutaj
przydałby się jakiś dowódca służb specjalnych, a nie trzydziestoletni chłopak
Kurtis szefujący… Mamy wrażenie, że praktycznie całemu światu. Przydałaby się
konkretna organizacja rządowa, a nie tajemnicze Lux Veritatis, które
przeobraziło się aż do przesady. A przesady zwyczajnie śmieszą. W AoD właśnie
fajne było to, że LV i Kabała, że Monstrum działały w tajemnicy… O tym nikt
nigdy nie słyszał. Tutaj Trent działa pod swoim nazwiskiem i jest najgrubszą
rybą przynajmniej w Europie; była pyta go, co u niego, bo
nie kojarzy jego statusu, mimo że Trent jest co najmniej drugim prezydentem
albo ministrem Obrony Narodowej. I co? I
nic.
Kurtis i tak nie udowadnia w żaden sposób swojej
wyjątkowości (nawet nie ma Chirugai! #smuteczek), bo nie robi nic. Przez całą
historię tylko odbiera telefony i rozmawia z ludźmi, ewentualnie eksponuje uraz
do Lary. (Nuda!). Powinien być bohaterem chociaż trochę pozytywnym i
dynamicznym, ale gdyby go podmienić na kogokolwiek innego, opowiadanie nie
straciłoby niczego. Poza tym pierwszy raz… naprawdę nas nie ruszył. Nie
zadziałał na nas. Ba, nawet wyszedł w naszych oczach na dupka, który ma
pretensje do swojej chorej psychicznie kobiety. A szkoda, bo piszemy to z
perspektywy osób, które zawsze należały do #teamkurtis. Ale nie tym razem,
niestety. No nie da się.
Fabuła ogólnie jest przyciągająca, nieco
tajemnicza, z dreszczykiem. Niestety wpasowywanie w dobre pomysły Tomb
Raiderowych akcentów straszliwie to przyćmiło, zabiło wręcz. No bo gdzie
jest Karel i co planuje? O co chodziło z babcią? Z Żydami? O co chodziło z
egzorcyzmami Lary? Czy znalazła odpowiedzi i wyleczyła się? Gdzie reszta
domowników i co oni na to? Co z romansem Kurtisa? Czy jeszcze kiedyś do tego
wszystkiego wrócimy? Prawdopodobnie nie. Kolejny raz: bez sensu. Po co w ogóle
Karelowi jakiekolwiek dokumenty, żeby znów wziąć się za nephilim? Przecież on
sam jest nephilim i siedzi w temacie od setek lat. Nagle się obudził, że
brakuje mu danych? No i też, właśnie znając ciebie, Nasty, liczyłyśmy na
Karela. Jak byłyśmy w połowie historii, to liczyłyśmy już na Karela bardziej
niż na Kurtisa. I przeliczyłyśmy się. Nawet nie dowiedziałyśmy się, czy ten
drugi żyje.
Całość dobiły streszczenia i ekspozycje. Długie
akapity suchej narracji inaczej wyglądałyby, gdybyś je chociaż wystylizowała na
mowę pozornie zależną (chociaż w sumie też nie zauważyłyśmy, żebyś stylizowała
postaci jakoś szczególnie, więc były poprawne, ale nieco płytkie). Póki jednak
większy akapit jeden z drugim podchodzą pod wszystkowiedzącego, ziewamy.
Bardzo ciężko się czytało na blogu ze względu na brak
wcięć akapitowych. Zabiła nas też praktycznie nieistniejąca
interlinia. Także mieszanie dywizów (ough) z półpauzami czy rozbieżność
między cudzysłowem polskim i angielskim. To są akurat detale, ale jak
najbardziej wpływają na odbiorcę. Chodzi o estetykę tekstu. Lilka
przyznaje, że musiała skopiować całość do Worda, bo tekst na blogu zwyczajnie
odstrasza, mimo typowo onetowego, kultowego biało-czarnego kontrastu, który sam
w sobie uwielbiamy.
Znalazło się też kilka źle postawionych przecinków,
ale to akurat świadczy o tym, że technicznie jesteś mocną zawodniczką. Pod
względem poprawności tylko pleonazmy gdzieś tam mocniej rzucały się w oczy. Tym
bardziej, Nasty… dlaczego?
Dlaczego się zawiodłyśmy? Gdyż opowiadanie było
zapowiadane od dość długiego czasu i szykowało się coś niesamowitego.
Ostatecznie powstał szkic, jakiś first draft mnożący wątki, zamiast je łączyć. Nawet lody o smaku mango nie mogą
załagodzić tego gorzkiego posmaku. Mamy nadzieję, że w przyszłości będzie nam
dane przeczytać pełnowartościowe opowiadanie, dopracowane i – przede
wszystkim – spójne. Takie, w którym fabuła składa się z przemyślanych
scen, powiązanych głównym plotem, a wątki poboczne mają na nią wpływ. Co tu się
stało i dlaczego tak źle? Do tej pory nie mamy pojęcia. Jeszcze ewentualnie
pozostaje opcja, że wszystko było parodią, kijem w mrowisko… bo niestety tak
właśnie to wygląda.
Generalnie też zdajemy sobie sprawę, że projekt NwZ
miał dotyczyć staroci, ale, czytając „Trenty’ego”, nie mogłyśmy przejść obok
niego obojętnie. Żarciki powstawały nam w głowie, układały się same już przy
pierwszym czytaniu, w ogóle jeszcze przed wspólną dyskusją o stworzeniu
dokumentu. I to tak naprawdę świadczy o wszystkim.








Brak komentarzy :
Prześlij komentarz