17. Lux Veritatis z policją gratis, a Kabała sfiksowała, czyli „Trenty” 1/1


Tomb Raider: Trenty
By Nasty
18 luty 2018


Poprzednia analiza była tak dobra, że autorka postanowiła po latach zabrać nas w podróż w czasie. Zachęceni nowym opowiadaniem będziemy świadkami przeróżnych Wydarzeń Bez Sensu przeżywanych przez Bohaterów Bez Znaczenia. Archaiczne i współczesne jednocześnie Lux Veritatis rośnie w siłę, a Kurtis próbuje ogarnąć wszędobylski chaos, będąc chłopcem, bossem i padalcem zarazem. Pościgów, strzelanin ani seksu nie uświadczymy, ale nasz wysiłek w czytaniu zostanie nagrodzony nawet ciekawą kreacją Lary.
A Żydzi są dziwni.


Analizują: Alex, Lilka11

Gdy Kurtis Trent wszedł do baru, pierwsze, co zrobił, to otrzepał buty ze śniegu. Słyszał, że angielskie zimy są łagodne. Oczywiście, on musiał przebywać w Wielkiej Brytanii akurat wtedy, gdy kraj opanowywała Zima Tysiąclecia.
A Trent jak to Trent – już od samego początku pod górkę...

- Cześć, Nessa – wymamrotał.
Kobieta – czy raczej dziewczyna - pomachał mu palcami, uśmiechając się uwodzicielsko.
Pragnę odnotować pierwszą zmianę płci w tym opowiadaniu.

- Długo się nie widzieliśmy. Co u ciebie? – zapytała dziewczyna, popijając swojego drinka z kieliszka.
Nawiedza mnie wizja setki wódki, popijanej przez słomkę. O zgrozo.
Może Nessa chce mieć szybciej banię?
A w ogóle to brzmi też trochę tak, jakby ona mówiła i popijała jednocześnie. :D



Kurtis wzruszył ramionami. Opróżnił niemal całą szklanicę jednym haustem.
Haust [źródło]: duży łyk płynu lub powietrza.
Ten to ma spust.

Gdy on i Vanessa jeszcze byli parą, opowiadał jej nieco o sobie. Wiedziała sporo o nim samym, ale nie miała pojęcia o jego pracy.
Facet opowiedział jej tylko nieco, a ona wiedziała sporo. STALKERKA!

Ona sama, pół-żartem, pół-serio, dopowiadała sobie, że widocznie jej chłopak pracuje pod przykrywką dla rządu.
To jest poniekąd takie piękne i niewinne, że mija już prawie dekada, a my dalej faceta po trzydziestce nazywamy chłopakiem. <3
Z każdym rokiem bliżej nam do niego, to i określenie zostaje. :D
Pocieszenie.

- Ostatnio są szczególnie upierdliwi – stwierdził zgodnie z prawdą. – A co u ciebie?
- U mnie tak sobie. Skończyłam cholerne studia i jestem teraz zawołanym kryminologiem.
Przepraszam, kim?
Może i ma dziewczyna talent, ale co z tego, skoro to bez znaczenia dla fabuły. W dalszej części tekstu już nie występuje.
Oh, tylko bez spoilerów!

- Zawsze ciągnęło cię do dziwnych ludzi.
- Tak patrząc na ciebie, stwierdzam, że się zgadzam.
Kurtis uśmiechnął się, szczerze ubawiony tym stwierdzeniem. Jakby wiedziała, że jeszcze godzinę temu studiował raport o stanie badań nad tekstami Żydów aszkenazyjskich…
Zaraz. Czy to nie jest przypadkiem jakaś sugestia, że Żydzi są dziwnymi ludźmi?

- Długo by opowiadać – stwierdził krótko.
- Ja mam dużo czasu – oznajmiła dziewczyna.
Wzruszył ramionami.
- No więc? Może zacznij… Skąd ta blizna? Nie dałoby się jej usunąć?
- Dałoby się, ale chcę, żeby mi o czymś przypominała.
- Aha. Rozumiem. A ta kobieta? – dodała, wskazując na jego otwarty portfel.
Mówiłam, że stalkerka! Pacz, jaka ciekawska…

Był tak nieświadomy tego, co robi, że zupełnie nie zarejestrował, kiedy wyjął portfel i położył go, otwarty, na blacie baru. Wyjął gotówkę, aby zapłacić za piwo, i zamknął portfel.
Pracował jako tajny agent dla rządu i zostawiał niechcący otwarty portfel. Strach pomyśleć, czego jeszcze mógł nie zarejestrować.

A fakt, że Lara ostentacyjnie okazywała swoje niezadowolenie, sprawiał, że nienawidził także panującej w Croft Manor atmosfery.
Bo rezydencja nawet po dekadzie brzmi passé.
A mnie się podoba. Przynajmniej jest klimatycznie.

Wolał przespać się w jednej z siedzib Lux Veritatis na polowym materacu niż w miękkim łóżku w starej rezydencji. Lara była przekonana, że on coraz więcej pracuje i dlatego nie bywa w domu. Kurtis wracał do niej tylko, gdy miał na to ochotę. A ochoty miał, szczerze mówiąc, coraz mniej. (…) Oczywiście, Kurtis zdawał sobie sprawę, że może to być kwestia urazu po egzorcyzmie. Mógł wypędzić demona, a nawet kilka. Znał przydatne formułki we wszystkich językach świata. Uważał się za naprawdę dobrego egzorcystę. Ale nie był, do cholery, psychologiem! 
Drogi czytelniku, zapamiętaj, proszę, to o egzorcyzmach.

Lara była przekonana, że on coraz więcej pracuje i dlatego nie bywa w domu. Kurtis wracał do niej tylko, gdy miał na to ochotę. (...) Gdy rozpoczynał rozmowę, wzdrygała się i prosiła o powtórzenie pytania. Patrzyła na niego tak pełnym złości wzrokiem, że milkł. Wówczas ona mruczała coś pod nosem, i wychodziła, urażona. (...) Ale nie był, do cholery, psychologiem!
Kurczę ;___; jakiś taki smuteczek mnie dopadł, że taki fajny fabularnie opis jest tylko krótkim, ot, streszczeniem, czystą ekspozycją, zamiast, na przykład, sceną rozpoczynającą rozdział. Już widzę to trzaskanie drzwiami! Nasty, czemu nie pozwoliłaś mi zobaczyć takiej Lary na własne oczy? To byłoby mistrzostwo świata i ty o tym wiesz!

Wzdrygnął się, przypomniawszy sobie, że w domu czeka na niego Lara. Jednak wizja długich, czarnych włosów, opadających na jego twarz, gdy Vanessa pochylała się nad nim, nie chciała zniknąć. Próbował zastąpić jej twarz twarzą Lary. Nie pamiętał nawet, czy kiedykolwiek widział kobietę w podobnej ekstazie. Jakoś nie chciał sprawdzać, czy potrafiłby doprowadzić ją do takiego stanu.
Larę czy Vanessę?

Trent na wpół świadomie przysunął się bliżej dziewczyny. Mimo tego, co deklarował, czuł, że alkohol zaczyna na niego działać.
Ale… odkąd przyszedłeś, wypiłeś tylko jedno piwo...
Ale jednym haustem!

Zadzwonił telefon. Kurtis zaklął. Vanessa odsunęła się od niego.
- Odbierz – powiedziała, popijając znów swojego drinka.
(…) Przy okazji mężczyzna zobaczył na wyświetlaczu, że ma nieprzeczytaną wiadomość. „Kiedy będziesz?”, brzmiała treść SMS-a od Lary. Trent zignorował go.
- Hej, Kurt. (…) Słuchaj, mamy dziwną sprawę… (…) Jakaś staruszka, podejrzewamy, że kabalistka, włamała się na Strahov. (…) Twierdzi, że to nie ma znaczenia. Ale chce się z tobą zobaczyć.
- Jak wygląda?
- Starsza. Ma siwe włosy, ciemne oczy… hm, szczupła. I chyba nie ma kilku zębów. Nie wygląda jakoś szczególnie.
- Nie kojarzę, ale mogę jej poświęcić parę minut. Sprowadźcie ją do Anglii.
Opowiadanie sugeruje, że Kurtis jest kimś wysoko postawionym w Lux Veritatis, oznacza to, że ma on ludzi od sprawdzania co chce człowiek, który zamierza z nim rozmawiać. A co jeśli pofatygowałby się do niej, a ona kiwałaby się na krześle i powtarzała uporczywie kisiel, budyń, kisiel, budyń…? Chyba poleciałoby klika głów. Poza jej zachowaniem właściwie nic nie przekonuje do spotkania osobiście. To tak jakbym ja zadzwoniła do prezydenta i zażądała widzenia. Zignorowaliby mnie. Nawet gdybym przesiadywała dzień w dzień pod pałacem prezydenckim.
Właściwie to też trochę dziwne, że nie wziął sobie tego jako pretekst, by uwolnić się od toksycznego związku… Najpierw wielka ekspozycja sugeruje nam, że Kurtis jest nieszczęśliwy, a potem jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że on tak na własne życzenie.


- Będzie tu jutro rano.
- To przesłucham ją jutro.
- Dobra, Trenty. Do zobaczenia!
Czy prawa ręka szefa naprawdę sam przywiezie dziwną babcię? To kto zostałby na miejscu, jakby za dwa dni znalazł się jeszcze jakiś dziadzio do przesłuchania?

Siwowłosa, drobna kobieta siedziała na krześle, kiwając się na boki. Rozglądała się po pomieszczeniu, na przemian mrucząc i nucąc coś pod nosem.
– Kisiel, budyń, kisiel, budyń…

W obliczu tego uśmiechu jego dobry humor i pewność siebie jakby… zbladły.  
Gość pokonał Boaz, z Larą poradzili sobie z Eckhardem i Karelem, uratowali świat; teraz jest super-szefem super-organizacji i ma moce. Ale blednie na widok jakiejś babci.

- Jest pani z Lux Veritatis? – zapytał on.
Come on! Jest przywódcą i nie wie, kogo ma w ekipie?

- Znam tę melodię – szepnął. – Jest pani z Kabały?
- Pan Karel wysłał mnie parę dni temu, abym wykonała bardzo ważną misję.
Znów zachichotała, a w jej oczach pojawił się błysk rozmarzenia. Kurtis rozpoznał ten wzrok: Lara w podobny sposób patrzyła kiedyś na Karela.
Karel. Wysłał. Babcię.
…
I nie uznał, że zakonnicy mogą ją potraktować nieco... z góry?
...
SERIO?

- Karel nie żyje – oznajmił poważnie.
- Nie osobiście. – Wskazała na swoją skroń. – Tutaj.


- Jak sądzę, jest pani pod wpływem któregoś z jego demonów. Wyleczymy panią i wtedy…
- To żaden z jego demonów. To pan Karel. Z krwi i kości.
- Z krwi i kości, ale tylko w twojej głowie – mruknął Kurtis pod nosem. Głośniej zaś powiedział: - Jaką misję pani powierzył?
- Odzyskania dokumentacji w sprawie wybudzenia Śpiącego.
– Już po nie lecę! – powiedział Kurtis z entuzjazmem.

- Śpiący został zniszczony – wyjaśnił jej spokojnie, jakby mówił do dziecka.
- Oczywiście, że tak – potwierdziła kobieta, uśmiechając się.
- Więc po co wam dokumentacja?
- Nie sądzicie chyba, że tak łatwo się poddamy.
Potężna Kabała i Karel nasyłają bezzębną babcię, aby rozbiła od wewnątrz LV. Nawet im tętnic nie poprzegryza.
Mnie rozbraja to, że Kurtis w ogóle z nią dyskutuje.

W celach Lux Vertatis uwięziono kilkunastu członków Kabały. Opowiadali o niezrealizowanych planach sekty, o jej organizacji i kryjówkach. Nikt nie bredził o ponownym obudzeniu Śpiącego. Lepiej przesłuchać któregoś z tych więźniów niż tracić czas na tę dziwną kobietę.
Albo wykorzystać fakt posiadania podwładnych... Naprawdę, do ostatniej chwili liczyłam, że ta babcia to Karel.
Nawet jeśli byłoby to zbyt oczywiste.

Nie mówiąc już o tym, że mógł spędzić jeszcze parę upojnych chwil w łóżku Vanessy.
Dla ciekawskich, wątek Vanessy nie ma absolutnie żadnego znaczenia dla fabuły opowiadania. Jeżeli jakakolwiek w nim jest.
Właśnie trochę mi szkoda, bo do końca sądziłam, że przynajmniej seksy będą ku pociesze czytelnika, no ale nie. Vanessa pojawiła się tylko po to, aby Kurtis mógł sobie poeksponować w myśli nieudany związek z Larą. Chociaż… Właściwie bez Vanessy też mógł. Więc jednak po co?
Może Nasty chciała nam pokazać, że z Kurtisem potrafiła być więcej niż jedna kobieta?
No dobra, ale tak właściwie kiedy on niby był w tym poważnym związku z Vanessą? Podobno przed Paryżem, więc zaraz po legionie, w trakcie planowania zemsty na ojcu, czyli kiedy dostał się do Kabały jako najemnik? Nie widzę tego... Albo poważne związki, albo całkowite poświęcenie zemście i odbudowanie zakonu, nie?

- Gwarantuję, że panią wyleczymy – dodał na zakończenie rozmowy.
Wstał, aby wyjść z sali przesłuchań. Kobieta dodała pod nosem:
- I Karasznikow nam pomógł.
 Kurtis zamarł w pół drogi do drzwi. Usiadł z powrotem na krześle. Wpatrzył się w przesłuchiwaną.
- Może pani powtórzyć? – poprosił.
Ta jednak tylko rozejrzała się znów po sali nieobecnym wzrokiem. Mruczała pod nosem coś po czesku i kiwała się na boki.
– Kysel, pudink, kysel, pudink...

- Już czas – oznajmiła. – Powiedziałam za dużo.
Właściwie to cała jej wycieczka wydawała się być nie w celu zdobycia dokumentów, ale podpierniczania kolegów z pracy do Trenta.
Tylko że to nadal bez sensu. Mogła po prostu wysłaś esemesa.

Kobieta kiwała się coraz szybciej, płomień rozprzestrzeniał się, a ona śmiała się coraz głośniej. W powietrzu unosił się dym i swąd spalenizny. Kurtis ocknął się, gdy alarm przeciwpożarowy zawył rozdzierająco. Wyciągnął rękę w kierunku kobiety i gorączkowo próbował przypomnieć sobie słowa zaklęcia, które ugasiłoby płomienie.
Przecież tak się chwalił, że zna inkantacje we wszystkich językach świata. Mógł sobie wybrać. Żadnego nagle nie umiał sobie przypomnieć?

Drażniący nos i oczy dym, dźwięk alarmu i śmiech kobiety rozpraszały go. (...)  Od ich blasku Kurtis musiał zamknąć oczy. Gdy pod powiekami nie widział już świetlistej poświaty, otworzył oczy.
Prawdziwy Boss, Najwyższy Mnich, Ostatni Inicjator. Mhm.

Z trudem przypomniał sobie słowa formułki. Wypowiedział kilka z nich, lecz nie podziałały.
A swoją drogą jak to jest właściwie z dobieraniem języka? Zwykle bywała to łacina, a w Lux Veritatis ? Trzeba dobrać język do pochodzenia ofiary, bo inaczej formułka nie zadziała?

Po kobiecie nie został nawet ślad.
Popatrzmy na dobre strony – przynajmniej nikt nie musi sprzątać.

*

Gdy wszedł do pokoju Lary, pierwszym, co zarejestrował, były zaciągnięte wokół łóżka zasłony. Ze środka przebijało światło latarki.
Larka założyła własną bazę z kocy i krzeseł. Też chcę!

Pokój pozostawał oświetlony także dzięki ogniowi, palącemu się na kominku. Już od progu czuć było panujące w pomieszczeniu gorąco.
Jak to na kominku? W sensie że nad kominkiem?

- Kto tam? – usłyszał zduszony głos Lary.
Kurtis podszedł bliżej, nieco zaniepokojony. Rozsunął zasłony. Ledwie to uczynił, ujrzał ostrze noża, wycelowane w swoje lewe oko.
- Oszalałaś?! – warknął zamiast powitania.
Ta scena jest ostro nieteges, skoro Lara wiedziała, że Kurtis u niej mieszkał i aktualnie nie było go w domu… Chyba że faktycznie z Larą jest tak ostro nieteges, wtedy to propsuję, bo taka Lara wypada naprawdę oryginalnie; lubię takie traumy w bohaterach po przejściach. Ale to w takim razie Kurtis wyszedł w barze i u Nessy na zdradliwego, nieczułego gnoja, a i to eufemizm. Takiego Kurtisa nie lubię.
Nikt nie każe nam lubić bohaterów czy kreować bohaterów pozytywnych, ale przez to streszczenie z wcześniej nawet nie czuję, że Kurtisowi zależało i że się wcześniej starał. Ot, pomarudził na swoją chorą kobietę, puścił się z inną dupą i elo.

Uniosła głowę, by spojrzeć mu w twarz. Trenta zaskoczył jej spokój. Choć może bardziej pasowałoby określenie „obojętność”. Nie wiedzieć czemu, rozdrażniło go jej podejście.
- A dlaczego tak? – parsknął.
- Próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie, co mi jest.
Jak dla mnie objawy wskazują na schizofrenię i światłowstręt. 
Tręt. TRENT. 
HE HE.
Objaw trentowstrętu – to o mnie!

Lara skuliła się trochę. Kurtis przestał zwracać uwagę na jej słowa, a skupił się na gestach. Kobieta wyciągnęła rękawy długiego swetra tak, że zakrywały jej dłonie. Spoglądała ponad ramieniem mężczyzny, jakby zaraz miała za nim kogoś ujrzeć. Miała podkrążone, błyszczące oczy, jak w gorączce. Nagle poczuł wyrzuty sumienia. Nie powinien spędzać wczorajszej nocy z Vanessą. Właściwie nie powinien był wcale iść do baru, tylko po pracy wrócić tutaj. Może gdyby tak zrobił, Lara nie siedziałaby teraz w piekielnie gorącym pokoju, odseparowana od świata kotarami łóżka, w jednej ręce trzymając nóż, a w drugiej księgę o niebezpiecznych, legendarnych istotach.
To jest wprawdzie wszystko napisane ładnymi zdaniami, ale po dłuższym zastanowieniu… też nie ma sensu. W scenie, kiedy Kurtis wchodzi do baru, mogliśmy dowiedzieć się, że jest w Anglii nie od dziś. Na dodatek jest z Larą w związku i prawdopodobnie nie opuszcza jej od akcji z Monstrum. W tym czasie zdążył przywrócić do działania zakon (jak?), odtwarzając też kryjówki i zatrudniając sobie ludzi (za co właściwie? skąd miał na to kasę, skoro gardził majątkiem Lary?). No i przez ten cały czas zdawał sobie sprawę z choroby Lary. Sam mówił o jakichś egzorcyzmach, był świadomy, jak Lara zachowuje się w domu, bo widok zasłon itp. wcale go nie zdziwił. Lara więc nie choruje od dziś, od teraz, żeby myśl o jej pomocy nagle trafiła Kurtisa nagle niczym słodkie katharsis. 
Coś tu ostro nie gra fabularnie. Tak po prostu. 
Ja mam wrażenie, że ten tekst zajmuje za mało miejsca i aż się prosi o wypełnienie czymś soczystym, no ale komu by się chciało…

No ale skoro jego wina była większa niż poprzednio, to i kara musiała być surowsza. Wówczas pamiętał o świętach, ale nie miał okazji w nich uczestniczyć. 
Tym razem całkowicie zapomniał o urodzinach Lary.
Ostatnio nachodzi mnie pytanie… Po co Kurtis jest w tych toksycznych związkach z Larą? W których według większości opowiadań nawet nie chce być?
Coraz bardziej nie cierpię tego Trenta. A to też poniekąd sztuka, bo zwykle kocham go całym serduszkiem.

*

Trzy dni po tym, jak w sali przesłuchań padło nazwisko Karaszanikowa, Kurtis nadal wiedział niewiele więcej. Oczywiście, w końcu nie spytał Lary o Rosjanina. Później uznał, że to lepiej.
A, czyli wcześniejsza wizyta babci też okazała się bez znaczenia; Strzelba Czechowa, która nie wystrzeliła, bo nie, więc po co o niej wspominać, jeśli fabularnie jest bez sensu, bez związku z dalszą akcją? Czy tu w ogóle cokolwiek się z czymkolwiek jakkolwiek lepi?

Z czystej złośliwości – za karę, że zapomniał o jej urodzinach – nie udzieliłaby mu żadnych informacji albo skłamałaby.
W to też mi ciężko uwierzyć. Laska wyszukuje w dziennikach i książkach, co jej może być, przy okazji współpracuje z Kurtisem i pomagała mu swego czasu na pewno osiągnąć to, co osiągnął, pamięta zapewne, jak niebezpieczne mogło być odrodzenie Śniącego, a teraz nie pomogłaby, bo… urodziny? To tak bardzo nie pasuje do poważnej kobiety... To tak bardzo źle się czyta. Im jest się starszym, tym pewne rzeczy znacznie trudniej łyknąć.




Ujrzał na wyświetlaczu numer Jacoba. Odebrał i zamarł w oczekiwaniu na nowiny.
Nachodzi mnie pewna nostalgia, że nasi bohaterowie nigdy nie zapisywali sobie kontaktów, tylko pamiętali wszystkie numery na pamięć. XD

- Nic a nic. Facet nadal przeżywa śmierć swojej siostry. Początkowo był na zwolnieniu, a teraz rzucił pracę. Uwierz mi, nie wygląda na gościa, który dopiero co krzątał się po ruinach w poszukiwaniu tajnych  dokumentów.
A to nie babcia chodziła po ruinach? Kocham ten brak konsekwencji.
Ja już dawno się zgubiłam. Nie wiem, o co chodzi – czemu Kurtis jest takim nieczułym gnojkiem, jakim cudem stał się wielkim bossem i o co chodziło z babcią czy tam Karelem... Nic nie wiem, fabuła niczego nie tłumaczy.

- Przesłuchiwana na pewno nie podała jego nazwiska bez powodu…
Jak byk rzuca się w oczy, że babka chciała tak o skłócić Trenta z Larą nie wiadomo po co albo wzbudzić przynajmniej podejrzenia wobec Łuki… To. Dałoby się. Przewidzieć. Wystarczyłoby być bohaterem mającym zdolność samodzielnego myślenia. A Kurtis, jak to Kurtis, łyka wszystko jak karp pączki.
A mnie nadal śmieszy fakt, że Karel, aby ogłosić, że żyje, wykorzystał jakąś babulinkę.

[Jacob:] - Fakt, że kiedyś kręcił z Croft, nie znaczy, że od razu musi być z Kabały.
Kurtis akurat sięgał po popielniczkę, aby strząsnąć do niej popiół z papierosa. Zamarł w pół ruchu. (...)
- Jak to: kręcił z Croft? 
Jak to: kręcenie z Croft od razu kojarzy się z byciem w kabale?
Wiem, że nic nie wiem.

- No, jeśli wierzyć temu, co mówią…
- Nic mi nie wiadomo o ich rzekomym związku.
Bo, drogi Kurtisie, w dzisiejszych czasach kręcić nie jest przecież synonimem chodzenia.

Wrócił do przeglądania planu spotkań na kolejny dzień. Niewiele rozumiał z czytanego tekstu. W głowie tłukło mu się „kręcił z Croft”. Wreszcie, zniechęcony, oderwał wzrok od monitora.
Kiedy zdradzasz kogoś, ale martwisz się, że ten ktoś zdradza ciebie.
Psy ogrodnika te Trenty.

- Przepraszam, hasło… Fructum eorum.
- A fructibus eorum cognoscetis eos.
Ze względów bezpieczeństwa, Zakon ustalał hasło, którym mieli porozumiewać się jego członkowie.
- David Tackett, Bristol, wydział policyjny Lux Veritatis.
Aż się oplułam z wrażenia. Kurtis ma swój wydział policyjny?!

- Czy to wy mieliście zlecone poszukiwanie tego… pociągu… jak on się nazywał?
- Pociągu Sartaela. Tak, właśnie w tej sprawie dzwonię.
Trent zerwał się z krzesła. Nie zauważył, że strącił popielniczkę na podłogę.
- Znaleźliście go?! – niemal krzyknął.
Chwycił kurtkę i wybiegł z pokoju, rozmawiając przez telefon.
Niby taki ważny, ale zdążył zapomnieć jego nazwę.
Technicznie rzecz biorąc i sugerując się obecnością wykrzyknika, był to krzyk pełną gębą. 

 *

Historia o tak zwanym Pociągu Sartaela krążyła w Zakonie od niepamiętnych czasów. Obiekt obrósł w wiele legend, nieraz jedna wersja zaprzeczała drugiej. Można było dotknąć pociągu i mieć zapewnione szczęście do końca życia. Albo, w zależności od wersji legendy, paść trupem na miejscu. Ponoć początkowo do napędzania maszyny używano węgla z ziemi, w której pochowane były nefilimy, tudzież z wnętrza góry Ararat, gdzie Arka Noego osiadła po Wielkim Potopie. Dym, wydobywający się z komina pociągu, miał mieć właściwości trujące lub lecznicze. Spojrzenie w światła jadącego pociągu w Szabat (Szabat, według żydowskiego kalendarza, to święty dzień tygodnia, w którym nie wolno pracować. Przypada w sobotę. Chrześcijańskim odpowiednikiem jest niedziela – przyp. aut.)  miało wywołać wizję dziewięciu zastępów anielskich.
Pomijając, że całe streszczenie jest bardzo drętwe, płaskie i szare, to sądziłam, że z „przyp. aut.’’ już wyrośliśmy.
No i generalnie szabat nie jest wcale jakimś nieznanym pojęciem, by wymagał przypisu.

Obiekt stał się cenny dla Lux Veritatis od czasu, gdy jeden z więźniów wyznał, że w pociągu znajdują się dane wszystkich członków Kabały.
To mi trochę przypomina poszukiwanie Złotego Pociągu.

Zakon prowadził akcje poszukiwawcze od ponad pół roku. Zaangażował w tym celu wiele oddziałów w Europie. Natrafiono na pewne poszlaki. Z czasem poszukiwania zawężono do samej Anglii.
Widzisz, Alex. A ty się dziwiłaś, że on nie zna wszystkich swoich ludzi...

(Stale się zastanawiam, jak Kurtis poradził sobie ze zorganizowaniem tego wszystkiego; w ogóle wątpię, że taki zakon jak Lux Veritatis z dorobkiem Konstantina, stworzony po to, by chronić tajemnice przed Kabałą, o którym nikt nigdy właściwie nie słyszał, mógłby się aż tak rozwinąć. Na dodatek irytuje mnie, że tu nic nie jest napisane wprost. Nasty wprawdzie wymyśliła, że LV urosło do rangi jakiejś wielkiej światowej organizacji, ale to wciąż tylko ogólniki. No bo, na przykład, czy członkowie LV dalej pielęgnują tradycje inicjacji, mają moce telekinezy i rentgen w oczach? Nie, są to raczej zwykli… policjanci podpierdzieleni Brytolom i Czechom? Nie wiem, jak do tego doszło oraz czym dokładnie są teraz zakon oraz Kabała, co się dzieje z Karelem. Bo ciężko mi uwierzyć, że jakiś tajemniczy czeski syndykat zbrodni urósł do rangi, nie wiem, terrorystów na skalę europejską, a Kurtis nagle jest bossem rządu antyterrorystycznego. To jest zwyczajnie śmieszne. Mogłoby nie być, ale Nasty, nie wyjaśniłaś, jak do tego wszystkiego doszło, a aby wprowadzać tak wielkie zmiany do uniwersum, potrzebne jest jakieś podłoże fabularne, coś, co pomoże nam uwierzyć w tekst. To nie do końca działa tak, że możesz napisać wszystko i czytelnik wszystko to łyknie bez zastanowienia. Wiem, że to miniatura, ale to w takim razie nie podejmij wątków, których nie jesteś w stanie realnie obronić i zrealizować).

Trent natychmiast zaalarmował londyńską jednostkę od zadań specjalnych i wydział policyjny.
Godzinę później pięćdziesiąt osób zostało przewiezionych z Londynu dwiema wojskowymi ciężarówkami. Kurtisowi szczególnie zależało na powodzeniu akcji. Był niemal pewien, że w wykazie członków Kabały odnajdzie nazwisko Karasznikowa.
To wszystko to też niezła baja. Ciekawe, co na to, nie wiem, RZĄD BRYTYJSKI?
BTW., streszczenia na taką skalę... są... złe. Cały tekst to obecnie ze trzy dialogi na krzyż, reszta stanowi ładnie opisane sprawozdanie.

Kurtis poprosił, aby dowodzący akcją, Heinrich, wybrał najbardziej doświadczonych rekrutów.
To też brzmi samo w sobie absurdalnie. Doświadczony rekrut. Aż prosi się, aby wszystko spieprzyli.

-   Fructum eorum - zawołala Heinrich.
- A fructibus eorum cognoscetis eos.– odpowiedział mu głos z naprzeciwka.
Heinrich rozkazał żołnierzom opuścić broń. To samo uczynił dowódca drugiej grupy.
Wychodzę z założenia, że hasło, które jednocześnie jest okrzykiem bojowym, który mogą usłyszeć niepowołane osoby, gdy drze się ryja pod kryjówką wroga, jest kijowym hasłem.

- Świetnie sobie radzicie. Właściwie nie wiem, po co my tutaj – uśmiechnął się Kurtis.
Nie oszukuj się, Trent. To chairmani zwykle zdobywają laury.

David odpowiedział po chwili ciszy:
- Uznaliśmy, że to pan, panie Trent, powinien otworzyć sejf.
Kurtis chciał odpowiedzieć, że nie ma takiej potrzeby, że to zbędne, że przecież to David odnalazł pociąg i pokierował akcją przełamania pułapek. To on, jako inicjator i dowódca, powinien jako pierwszy otworzyć sejf.
(Pssst. Ten fragment to tylko kolejny zapychacz-obiecywacz-rozczarowywacz. Za chwilę dowiemy się, że ani jeden, ani drugi nie będą umieli otworzyć sejfu…).
I oczywiście, jeśli David jest podwójnym agentem, to powinien spalić wszystko, co trzeba.
Nie rób nadziei. :<

Kurtis pamiętał zarazem, że Lux Veritatis potrzebuje silnego przywódcy, i nie powinien umniejszać swojej roli. Zamiast silić się na uprzejmość, odparł tylko:
- Oczywiście.
Nie powinien umniejszać sobie roli przywódcy, który upija się połówką piwa, pozwala spłonąć kobiecie przez chwilową amnezję i nie jest pewny nazwy najważniejszego reliktu życia.

- Też tak pomyśleliśmy. Z drugiej strony, to bardzo dobre miejsce. Kto by szukał pociągu Sarteala na tym odludziu?
- Gdyby spojrzeć na to z tej strony… racja.
Przecież na nie-odludziach już dawno ktoś by go znalazł.

Kurtis skinął głową. Wskazał na dwóch przypadkowo wybranych ludzi z londyńskiego oddziału: jednego policjanta i jednego żołnierza. Pokonał kilka schodków i wkroczył do wnętrza wagonu.
No tak, przecież to wcale nie są tajne rzeczy wymagające zaufanych współpracowników.
Z drugiej strony któraś z legend mogła być prawdziwa i ten, kto dotknie pociągu, umrze. Będąc Kurtisem znającym możliwości Alchemika i pamiętającym zabawę w Sanitarium, raczej nie pchałabym się pierwsza.

Unosiły się tumany kurzu i zapach zgnilizny. Podłoga lekko uginała się pod jego stopami.
Ujrzał wyrwy niektórych w miejscach.
Czyje? Gdzie?

W jednym z kątów wagonu ujrzał stos przedmiotów. Domyślił się, że to rozbrojone pułapki; w ciemności dostrzegł błysk metalowej klamki (pod napięciem? eksplodująca przy nieodpowiednim dotyku?), zatrzask, kuszę, pojemniki z gazem, czujniki ruchu, ostrza w różnych formach, małe roboty. David odwalił kawał dobrej roboty, rozbrajając je przed przyjazdem oddziału z Londynu.
Nie dziwi mnie, że Kabała upadła. Zamiast spakować manatki w bezpieczne miejsce, zostawili je we wraku na pustkowiach i obstawili pułapkami. A tak to ani pieniędzy, ani dokumentów.
No nie, ale serio… Legendarny pociąg sprzed paruset lat i elektroniczne czujki ruchu? Klamka pod napięciem, ale kusza – broń biała, zamiast, nie wiem, strzelających laserów? Ktoś tu chyba nie do końca przemyślał ten wątek.

Kurtis przeszedł powoli przez wagon, rozglądając się dookoła. Czuł swój przyśpieszony oddech. Słyszał kroki dwóch podążających za nim ludzi. Ich obecność nieco go uspokajała.
Mnie nie uspokaja wcale.

Z bijącym mocno sercem podszedł do sejfu. Gdzieś słyszał, że ów sejf miał być stary jak sam pociąg. Zaprojektowany przez jednego z kabalistycznych zegarmistrzów, uchodził za unikat. (...) Zmotywowany, podszedł bliżej do sejfu, przyklęknął naprzeciwko niego. Przyglądał się mu przez chwilę w świetle latarki. Sejf przypominał małą, stalową komodę. Jedyny akcent dekoracyjny stanowiło złote, okrągłe pokrętło na środku. Na nim dało się dostrzec cyfry.
Okej podobno pociąg zaprojektował sam Czarny Alchemik w drugiej połowie XIX wieku. Sejfy stalowe to też faktycznie ten okres, ale naprawdę chcesz mi wmówić, że ktoś, kto jest ALCHEMIKIEM z XIX wieku, projektuje z jakimś kabalistycznym zegarmistrzem sejf na cyferki, zamiast, nie wiem, na rygle i zaklęcia?  

Jego budowa nie była dokładnie znana, ani podobna do innych sejfów. Już za chwilę nieznany mechanizm wybuchnie i będzie koniec opowiadania? wydobędzie dokumenty, dzięki którym Kabała zostanie unicestwiona raz na zawsze. 
A to, mając za plecami siłę policji z chyba praktycznie całej Europy, nie dało się złapać kilku czeskich mafiosów? Po co są te dokumenty? Jak Kurtis chce ich użyć? Coś zbudować? Coś opublikować? Będą tam, nie wiem, mapy kryjówek? OPOWIADANIE, PROSZĘ! DAJ MI SIĘ ZROZUMIEĆ!

Gdy ten wyszedł, drugi z towarzyszy podekscytowany zagadał Kurtisa:
- I co? Da się to otworzyć?
Trent wzruszył ramionami.
Nie, ale jeżeli ustawisz kod 2001, przyleci samolot i rozdupcy jakiś znany budynek.

Hans, luxveritatisowy specjalista od sejfów, przyklęknął energicznie obok Trenta.
Nigdy wcześniej nie widziałam przymiotnika od nazwy zakonu. Wygląda zabawnie. :D

Przyłożył dłoń do złotego pokrętła, a następnie zaczął dłonią badać ścianki dookoła.
- Facet maca sejf – zarechotał mężczyzna, który przywołał Hansa.
Powstrzymajcie tę karuzelę śmiechu.
Na jakiej zasadzie on jest specjalistą? Co daje macanie?
Fabuło! Daj mi się zrozumieć!

- Ciekawe, nie widziałem nigdy podobnego – powiedział tamten z entuzjazmem. – Myślę, że sejf mógł powstać na początku XIX wieku, obstawiałbym, że to robota francuskiego speca, i to wykwalifikowanego, tylko nie mam pojęcia, w jakim warsztacie. Wykonany z…
Właśnie mi się przypomniało, że właściwie to tęsknię za Alisterem. :(

- Dasz radę go otworzyć? – przerwał Trent jego tyradę.
Facet powiedział ledwo dwa zdania, Kurt. To jeszcze nie jest tyra… A w ogóle jak to jest? Pierwszy raz widzisz na oczy coś, na czym ci tak cholernie zależało i w ogóle nie interesujesz się tematem?

Dodam jeszcze, że nie znam tego sejfu. Nie wiem, jak obejść zabezpieczenia.
- Czyli wszystko na nic?
- Zabierzmy go do Londynu.
Wciąż zastanawia mnie, dlaczego ludzie z Kabały są aż tak upośledzeni w tej historii? Czym sobie zasłużyli? Bo żeby zostawić wszystko, co cenne, w jakimś pociągu i dać sobie to podpieprzyć? Nawet tego nie strzegąc w żaden sposób, poza jakimiś pułapkami, które wyglądają na bardziej amatorskie niż te, nie wiem, tysiące lat starsze, chociażby egipskie? Z jednej strony wielki wybitny Pieter van Eckhardt, a z drugiej zmniennokształtny Nefilim Karel, który wysyła babcię po nic i nie pilnuje dorobku swojego życia?
Fabuło! Jesteś kompletnie od czapy!


- Ten sejf musi ważyć jakieś trzysta kilo…
- Możliwe. Mamy ze sobą przeszkolonych żołnierzy. W sześciu udźwigną sejf. David może przywieźć rolki do transportu z Bristolu. Musimy tylko wynieść sejf z wagonu.
Kasa pancerna, sezam, skarbczyk, skarbiec, skarbnica, trezor, skrytka, szafa ogniotrwała, kasa, kasa ogniotrwała, szafa pancerna...
Ewentualnie zaimki: ten, go…

Kurtis kiwnął głową, nieco rozczarowany.


Niestety nie tylko Kurtis.

Liczył, że od razu uzyska odpowiedzi na swoje pytania.
Jakie pytanie? Czy Larka należy do Kabały i flirtowała z Łuką? Jakie to ma znaczenie fabularne? 
Chcę wiedzieć, co jest ważne, a nie wiem. Chcę opowiadanie, a dostaję zlepek ledwo napoczętych, dziwnych wątków bez rozwiązania.

Trent wrócił do wagonu, aby zobaczyć, jak idzie żołnierzom podnoszenie sejfu. Trafił na moment, gdy mężczyźni ostrożnie przewracali obiekt. Gdy sejf będzie na dłuższym boku, łatwiej będzie go nieść. Kurtis z pewnym niepokojem obserwował ich wysiłki, wyobrażając sobie, jak umieszczona wewnątrz fiolka z kwasem pęka i niszczy zawartość pudła.
BRAWO! Pierwsze synonimy. Aż musiałam z dumy pogrubić litery.
Skoro tam faktycznie mogła być jakaś fiolka, nie lepiej byłoby być bardziej ostrożnym i zaplanować jakąś akcję, a nie brać na gwałt sejf na plery?
Poza tym gdy Kurtis wchodził do wagonu, skrzypiała pod nim podłoga, było też pewnie dość ciasno, jak to w pociągu. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak sześciu rosłych kolesi ponosi trzystukilową komodę i wynosi ją z wagonu. No po prostu nie potrafię. Może mi to ktoś rozrysować?

Powoli ruszyli do wyjścia. Kurtis już szykował się, by zrobić im przejście, ale zamarł na chwilę.
- Zatrzymajcie się – powiedział.
Zrobili, jak rozkazał. Ktoś zapytał:
- O co chodzi? Jest ciężkie jak…
- Cisza! – rozkazał Trent.
Stali moment, nasłuchując. W ciszy rozległo się słabe piknięcie. Później kolejne. I jeszcze jedno.
- Słyszeliście ten dźwięk wcześniej? – zapytał Kurtis.
Pokręcili głowami. Pikanie przyśpieszyło. Zrozumiał, co się dzieje. Żołądek podszedł mu do gardła.  
- Uciekamy! – zawołał.
Zerwali się z miejsca. Ciężar bardzo ich spowalniał.
Oni. Chcą. Zabrać. Ze. Sobą. BOMBĘ?! :D Życie im niemiłe czy jak?
Takich kwiatków nie widziałam nawet w opowiadaniu z 2008, tej samej autorki.




Nie mogli znaleźć wspólnego rytmu. Jeden z mężczyzn potknął się, upuścił sejf, upadł. Zaskoczeni koledzy próbowali utrzymać przedmiot w górze, ale nie udało im się. Ten, który upadł, szybko przeturlał się na bok, aby nie przygniótł go sejf. Następnie zerwał się i z pozostałymi mężczyznami próbował podnieść ciężar.
Niech skisnę; koleś upadł, trzystukilowy sejf na niego spadł, ale ten zdążył się jeszcze przeturlać? A jakieś prawo grawitacji, cokolwiek? I dlaczego Kurtis nie pomoże chłopakom swoją telekinezą? Nie ma już mocy?

- Pociąg za chwilę wybuchnie! Szybko, byle jak najdalej!
No to w końcu pociąg jest bombą czy sejf? Jeżeli to pierwsze, to dlaczego bomba uaktywnia się w drodze do wyjścia, a nie już w drodze do wejścia? I czas jest nastawiony akurat tak, aby włamywaczom udało się przeżyć? Nawet jeżeli wlekli się z trzystukilowym sejfem na plecach? Kto konstruował tę bombę? GUNDERSON?
Akurat tym, ekhm, profesjonalistom nie udało się go wynieść, ale zakładam, że w XXI wieku, mając do dyspozycji narzędzia rządowe, dostęp do nowych technologii, sejf dało się wynieść/zabezpieczyć inaczej. Może za pomocą jakiejś maszyny?
I tak strasznie wkurza mnie ułomność bohaterów. W tym opowiadaniu jeszcze nic nikomu nie wyszło. NIKOMU.

Pierwsza: Stracił możliwość udowodnienia, że Łuka Karasznikow przynależy do Kabały.
Co by mu to dało? Jaki ma to związek z fabułą?
Druga: Gdyby nie wpadł w panikę i nie wszczął akcji ewakuacyjnej, być może archiwum nadal by istniało.  
I to już… koniec? Nic więcej?




Nie mamy pojęcia, co powiedzieć. Tak, to już koniec. O kontynuacji ani widu, ani słychu. Właściwie, z całym szacunkiem, to nawet lepiej.
Przeżywamy tutaj istny time travel. Opowiadanie przypomina coś zaczętego jedenaście lat temu i dokończonego na siłę. Cała historia ma zbyt wiele wątków. Niepotrzebnych oczywiście i niczego nie wnoszących. Napisanych dla samego napisania.
Jest nam mega przykro, bo ani postać Lary, ani Vanessy nic nie wniosła. O ile ta pierwsza ma niewykorzystany potencjał (bo wątek z chorobą był sam w sobie strzałem w dziesiątkę, bardzo oryginalny), o tyle druga to pusta zapchajdziura (to już mogłaś chociaż wpleść seksy dla uciechy). Zastanówmy się, co by było, gdyby i scena w barze, i w rezydencji, nie miały miejsca. Ba, gdybyś nie stworzyła sceny z babcią! Czy zmieniłby się plot fabularny? No nie. Kurtis i tak dostałby telefon o ważnym pociągu, więc poszedłby to sprawdzić. Tyle. Tylko to ma jakiekolwiek znaczenie. Sceny w tej historii zwyczajnie się nie lepią, a muszą, cholera, no muszą.
Klimat i tematyka opowiadania byłyby naprawdę genialne, gdyby nie były okrojone na potrzeby krótkiego epizodu. Prawdopodobnie, gdyby fabuła była czymś samodzielnym, a nie FF. Tak naprawdę mamy wrażenie, że pierwszy raz uniwersum TR… mocno szkodzi. Tutaj przydałby się jakiś dowódca służb specjalnych, a nie trzydziestoletni chłopak Kurtis szefujący… Mamy wrażenie, że praktycznie całemu światu. Przydałaby się konkretna organizacja rządowa, a nie tajemnicze Lux Veritatis, które przeobraziło się aż do przesady. A przesady zwyczajnie śmieszą. W AoD właśnie fajne było to, że LV i Kabała, że Monstrum działały w tajemnicy… O tym nikt nigdy nie słyszał. Tutaj Trent działa pod swoim nazwiskiem i jest najgrubszą rybą przynajmniej w Europie; była pyta go, co u niego, bo nie kojarzy jego statusu, mimo że Trent jest co najmniej drugim prezydentem albo ministrem Obrony  Narodowej. I co? I nic.
Kurtis i tak nie udowadnia w żaden sposób swojej wyjątkowości (nawet nie ma Chirugai! #smuteczek), bo nie robi nic. Przez całą historię tylko odbiera telefony i rozmawia z ludźmi, ewentualnie eksponuje uraz do Lary. (Nuda!). Powinien być bohaterem chociaż trochę pozytywnym i dynamicznym, ale gdyby go podmienić na kogokolwiek innego, opowiadanie nie straciłoby niczego. Poza tym pierwszy raz… naprawdę nas nie ruszył. Nie zadziałał na nas. Ba, nawet wyszedł w naszych oczach na dupka, który ma pretensje do swojej chorej psychicznie kobiety. A szkoda, bo piszemy to z perspektywy osób, które zawsze należały do #teamkurtis. Ale nie tym razem, niestety. No nie da się.
Fabuła ogólnie jest przyciągająca, nieco tajemnicza, z dreszczykiem. Niestety wpasowywanie w dobre pomysły Tomb Raiderowych akcentów straszliwie to przyćmiło, zabiło wręcz. No bo gdzie jest Karel i co planuje? O co chodziło z babcią? Z Żydami? O co chodziło z egzorcyzmami Lary? Czy znalazła odpowiedzi i wyleczyła się? Gdzie reszta domowników i co oni na to? Co z romansem Kurtisa? Czy jeszcze kiedyś do tego wszystkiego wrócimy? Prawdopodobnie nie. Kolejny raz: bez sensu. Po co w ogóle Karelowi jakiekolwiek dokumenty, żeby znów wziąć się za nephilim? Przecież on sam jest nephilim i siedzi w temacie od setek lat. Nagle się obudził, że brakuje mu danych? No i też, właśnie znając ciebie, Nasty, liczyłyśmy na Karela. Jak byłyśmy w połowie historii, to liczyłyśmy już na Karela bardziej niż na Kurtisa. I przeliczyłyśmy się. Nawet nie dowiedziałyśmy się, czy ten drugi żyje. 
Całość dobiły streszczenia i ekspozycje. Długie akapity suchej narracji inaczej wyglądałyby, gdybyś je chociaż wystylizowała na mowę pozornie zależną (chociaż w sumie też nie zauważyłyśmy, żebyś stylizowała postaci jakoś szczególnie, więc były poprawne, ale nieco płytkie). Póki jednak większy akapit jeden z drugim podchodzą pod wszystkowiedzącego, ziewamy. 
Bardzo ciężko się czytało na blogu ze względu na brak wcięć akapitowych. Zabiła nas też praktycznie nieistniejąca interlinia. Także mieszanie dywizów (ough) z półpauzami czy rozbieżność między cudzysłowem polskim i angielskim. To są akurat detale, ale jak najbardziej wpływają na odbiorcę. Chodzi o estetykę tekstu. Lilka przyznaje, że musiała skopiować całość do Worda, bo tekst na blogu zwyczajnie odstrasza, mimo typowo onetowego, kultowego biało-czarnego kontrastu, który sam w sobie uwielbiamy. 
Znalazło się też kilka źle postawionych przecinków, ale to akurat świadczy o tym, że technicznie jesteś mocną zawodniczką. Pod względem poprawności tylko pleonazmy gdzieś tam mocniej rzucały się w oczy. Tym bardziej, Nasty… dlaczego?
Dlaczego się zawiodłyśmy? Gdyż opowiadanie było zapowiadane od dość długiego czasu i szykowało się coś niesamowitego. Ostatecznie powstał szkic, jakiś first draft mnożący wątki, zamiast je łączyć. Nawet lody o smaku mango nie mogą załagodzić tego gorzkiego posmaku. Mamy nadzieję, że w przyszłości będzie nam dane przeczytać pełnowartościowe opowiadanie, dopracowane i – przede wszystkim – spójne. Takie, w którym fabuła składa się z przemyślanych scen, powiązanych głównym plotem, a wątki poboczne mają na nią wpływ. Co tu się stało i dlaczego tak źle? Do tej pory nie mamy pojęcia. Jeszcze ewentualnie pozostaje opcja, że wszystko było parodią, kijem w mrowisko… bo niestety tak właśnie to wygląda.
Generalnie też zdajemy sobie sprawę, że projekt NwZ miał dotyczyć staroci, ale, czytając „Trenty’ego”, nie mogłyśmy przejść obok niego obojętnie. Żarciki powstawały nam w głowie, układały się same już przy pierwszym czytaniu, w ogóle jeszcze przed wspólną dyskusją o stworzeniu dokumentu. I to tak naprawdę świadczy o wszystkim.



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz