13. Bo to co nas podnieca, to się nazywa kasa... czyli TRAoD 2 MissCroft 1/4

Tomb Raider: Angel of Darkness 2
By Nasty
KWIECIEŃ 2008

Analizujo: Alex, Lilka11

*Jako że to opcio jest o tej pory najpoprawniejsze i bogate w opisy, nie było sensu wklejać całości. Wrzuciłyśmy więc najciekawsze fragmenty, ale nie stawiałyśmy (...), bo musiałybyśmy robić to obsesyjnie często. Taka forma nie zabija jednak sensu – główna fabuła jest przedstawiona i prowadzona chronologicznie.

W odsłonie Nasty Lara okazuje się jeszcze bardziej rozpieszczoną przez rodziców, wredną francą niż zwykle. Jak na poszukiwaną panią archeolog przystało, po Egipcie zachowuje się irracjonalnie. Zbyt długie przesiadywanie w Sanitarium poskutkowało zanikiem pamięci. Z pomocą przychodzą jej Kurtis, który prawdopodobnie nim nie jest, i Winston, który przeżywa swój pierwszy bunt młodzieńczy.


EPILOG GRY – PROLOG

Wróciła na miejsce walki z Boaz. Zeszła z balkonu. Na podłodze leżały zwłoki Boaz, dalej ciało wielkiego owada, a obok – jego ucięta głowa.
Ani śladu Kurtisa.
A plama krwi i Chirugai, to co?
Posprzątał przed wyjściem.

Czy istniał naprawdę? Sądziła, że tak – jak Bouchard i Luddcik.
Chociaż oboje nie żyli. Ale ona żyła. Zawsze istniała. Wierzyła, że Kurtis też.
Te zdania pojedyncze albo miały zbudować klimat, albo zirytować czytelników. Nie mam pewności.

Wciąż trzymała Chirugai na wyciągniętej ręce. Ostrze schowało się. Uśmiechnęła się.
Stała, wpatrując się przed siebie – w ciemność korytarza, z którego zaledwie pół godziny temu wypuszczono Boaz.
Schowała metalowe kółko.
Moda na określanie Chirugai metalowym/blaszanym trwa!
Boli mnie „kółko”.


Rozdział 1: Tchórzliwa ucieczka

Znała Kurtisa chwilę, ale już wiedziała, jaki jest.
Och, Larka. Doprawdy? Faceta widziałaś ze dwa razy na oczy…  
Ale przecież macanie mają już za sobą.

Czasami i ona też oceniała tak siebie – zdecydowana, nie licząca się z innymi. Dotąd jej to nie przeszkadzało. Dopiero wtedy zrozumiała, że chciałaby się zmienić, być inna. Przez ten jej egoizm zginął Werner.
A co tam, że przez egoizm Wernera ona sama omal nie zginęła w Egipcie! Poznała tru lov, więc najwyższy czas się zmienić.
Właściwie to Werner zginął, bo skontaktował się z Larą zbyt późno, a nawet gdyby zrobił to wcześniej, to Monstrum i tak by go dopadło. Więc co za różnica.

W końcu za kolejnymi drzwiami oślepiło ją odbijające się od śniegu słoneczne promienie. Zamrugała parę razy; przemierzając wciąż szare, oświetlone kiepskimi jarzeniówkami korytarze, zapomniała już, że istnieje coś takiego jak słoneczne światło naturalne.
O, Słońce! Zapomniałam już, że istniejesz. :<
Życie zaskakuje, szczególnie kiedy przez kilka godzin nie widzisz światła słonecznego.

Podeszła do ogrodzenia. I odwróciła się. Spojrzała jeszcze raz na siedzibę Kabały. Budynek wydawał się jej taki mały z zewnątrz. I czy to możliwe, żeby to tam właśnie przed chwilą zginęli dwaj ostatni Nephilmowie? [Pssst! Nephilimy – szepnęła Lilka]
Na pewno możliwym jest, aby nikt nie zauważył efektów tego ogromnego wybuchu.

A może jest ich więcej? Potrafią się maskować – Karel jej to zaprezentował. A może nie potrafią się rozmnażać i dlatego tak wiele wart był Phroto, o którym słyszała? Chociaż to pewnie był tylko nieudany eksperyment.
Następnym eksperyment był udany, więc nazwano go Proto bez h.

Jej uwagę zwróciło jakieś ciche chrząknięcie. Zwróciła głowę w tamtą stronę. Na niskim murku kawałek dal ej spokojnie siedział Kurtis i patrzył na nią, opierając się plecami o siatkę.
W poprzednim akapicie podeszła do ogrodzenia. Kurtis musiał się dobrze wtopić w tło.
Biorąc pod uwagę, że ma w klatce piersiowej dziurę na wylot...

Wyglądał tak, jak go zapamiętała – niebieskie oczy, ciemno-blond, wiecznie rozczochrane, przydługie włosy. No, może poza tą dziurą wielkości grejpfruta...
EJ, ZARAZ! W ogóle w jakim wszechświecie Kurtis jest ciemnym blondynem?
AŁtorkowy świat v2.0.

-Kurtis – wydusiła z siebie; ledwo mówiła ze zdenerwowania. Przez nią on teraz…? – Kurtis, co Eckhardt… co Karel… co oni ci zrobili?
Larka ma strasznie słabą pamięć. Zapomniała o Słońcu; zapomniała, że jakieś pół godziny wcześniej zostawiła Kurtisa na arenie z Boaz; zapomniała, że poszła za Eckhardtem sama i go zabiła.
Za długo siedziała w Sanitarium.

Wypuszczali kolejne stworzenia, aż któreś go zabije? A potem Eckhardt albo Karel zajął się nim osobiście? To było możliwe – Karela nie było tuż przed starciem z Boaz i od początku jej walki ze Eckhardtem, jakby się spóźnił.
- Boaz – odparł krótko Kurtis; głos miał drżący słaby, a skórę niemal w  odcieniu śniegu.
To wskazówka, że był już martwy.
Martwy-ale-żywy-i-jeszcze-nie-padł.
Bo-opierał-się-o-siatkę.

– Co z Eckhardtem?
-Nie żyje. Ale co z tobą…?
-W porządku –szepnął, ale zamknął oczy.
- O, cholera! – zaklęła głośno. Próbowała go ocucić, ale nic to nie dało.
To nie cholera. To jad.

W końcu znalazła komórkę. Na szczęście, bateria jeszcze się trzymała. Zadzwoniła na pogotowie. Jakoś udało się jej dogadać po angielsku. Podała adres. Poprosiła, aby informacje o stanie zdrowia pana Trenta przekazywano na jej komórkę. Rozłączyła się. Była pewna, że tam gdzie jest dziwny wypadek, wkrótce będzie również policja.
Strasznie łebska ta bateria.
Już widzę czeską słóżbę zdrowia chętnie informującą nieznanych ludzi o stanie zdrowia pacjentów.
A co dopiero nieznane baterie...

Siedząc w samolocie, myślała.
Jak to możliwe, że skoro jestem poszukiwana za morderstwo, pozwalają mi tak łatwo podróżować z miejsca na miejsce?


Rozdział 2: Wreszcie (?) w domu

Z początku niewielu ją poznało – zazwyczaj wyróżniała się z tłumu, bo już przedtem ktoś za nią krzyczał, a ona biegła tak, że nikt jej nie mógł dogonić.




Tym razem wysiadła ze zwykłej taksówki, ubrana w dżinsową, wygniecioną marynarkę, takie same spodnie i czarną podkoszulkę.
Potem przerzuci się na taksówkę niezwykłą. Nie będzie jeździć przecież jak jakiś plebs.

Miała włosy zaplecione niestarannie w warkocz i czarne okulary przeciwsłoneczne. Reporterzy rzucili się na nią: zasypali pytaniami, podetknęli mikrofony. Flesze błyskały. Jakoś udało się jej przebić przez ten tłum. Dotarła do drzwi i otworzyła je, ignorując natrętnych dziennikarzy.
A gdzie policja? Lara jest GŁÓWNĄ podejrzaną o morderstwo Wernera. Tak tylko przypomnę.

No i przed domem też wciąż stali natrętni reporterzy. (...)
Lara Croft (35 l.), brytyjska skandalistka, została oskarżona o morderstwo swojego byłego mentora, 
Wernera von Croya (81 l.).
No jasne, taa… Chyba Winstona. Werner urodził się w 1940, a Larka – 1968. Jeżeli Larcia ma w opku 35 lat, to on – 63.
Oj tam, można naciągnąć; może po spotkaniu z Monstrum nagle się postarzał?

Tydzień temu przybyła do Paryża. 15 sierpnia około 23:00 widziano ją, jak wychodziła z mieszkania zamordowanego z krwią na rękach.
Ja wiem, że w wersji na peceta nie było efektu padającego w Pradze śniegu, ale ten na ulicach jednak leżał...

W poszukiwania Croft zaangażowano całą francuską policję. Uznano ją za niebezpieczną. Na swoim koncie ma również włamanie do muzeum Luwr, zabicie około 30 strażników, pełniących służbę – prawdopodobnie użyła gazów trujących. Muzeum jest na razie nieczynne do odwołania. Ostatnio widziano ją w kradzionym aucie. Wg niepotwierdzonych wiadomości, obecnie przebywa w Czechach.
Doskonałe powody, aby pozwolić jej jeździć z kraju do kraju i odpoczywać w domu na kanapie.

- O… mój… Boże – wydusiła z siebie. Patrzyła na Winstona. Milczał i badał ja wzrokiem. – To po prostu… kłamstwa! Te szmatławce szukają sensacji! Owszem, byłam w mieszkaniu Wernera tamtej nocy. Tak, włamałam się do Luwru. Prawda, pojechałam do Pragi cudzym autem. Ale ten człowiek chciał mnie zastrzelić – o tym nie ma ani słowa! Poza tym, nikogo nie zabiłam!
Po tym, jak zachowywała się w AoD, nie podejrzewałabym ją o taką histerię.

Trochę kłamała.


-Wierzę – zapewnił ją Winston, zgodnie z prawdą. Wyjął gazetę z jej drżących rąk. – Sugerowałbym, aby pani teraz odpoczęła. Myślę, że miała pani ciężki tydzień.
-Och, tak, Winstonie – szepnęła. – Żebyś wiedział, jak bardzo…
Winston odprowadził zdziwionym spojrzeniem swoją panią do schodów.
Czemu zdziwionym, skoro wierzył jej – ku zapewnieniom narratora – zgodnie z prawdą?
Po tym, jak w poprzednich częściach mordowała każdego, kto się nawinął, chyba może być nieco zdziwiony, że nagle ją to męczy :D
Albo boi się, że będzie następny.

Krzyk wściekłości wydarł się z gardła Karela.Nie znaleziono ciała Trenta, ale zwłoki Boaz – tak.
Jestem jednak za tym, aby uprzedzać, kiedy zmienia się scena.
Scena jest wciąż ta sama, tylko nagle pojawił się Karel, cóż za nagła zmiana akcji. :D

Przecież wyraził się jasno – nie dopuścić, aby chłopak wyszedł cało z tego spotkania. Eckhardt już raz go zlekceważył, a teraz nie żyje. Nie wolno dopuścić, aby plan – plan, który realizował ponad dwa tysiące lat – nie powiódł się. Przywróci do życia swoich braci. Zyska ich poparcie i przy okazji zdobędzie władzę nad całym światem.
Przebrana w świeże ciuchy Lara siedziała na kanapie, z kolanami pod brodą, i wpatrywała się w leżącą na stoliku komórkę, która uparcie nie dzwoniła.
Nie ma to jak na jeden akapit wpaść zobaczyć, co u Karela, poczytać o jego jednej myśli i wrzasku, po czym wrócić bez pardonu do Larci.
Robimy zakłady? Ja obstawiam, że Karel u niej mieszka potejamnie.
W sumie osiemdziesiąt pokoi... sprawdzałabyś każdy codziennie? xD

Potem przechadzała się po ogrodzie pod bezgwiezdnym niebem.
Jedna mądra nie opisała dokładnego wstawania z kanapy i wyjścia z domu.

Lubiła noc. Wszystko jest wtedy inne, tajemnicze, niezbadane. Także wtedy najlepiej odpoczywać. Ale ona nie zaśnie, póki nie uporządkuje myśli.
Zaraz po opuszczenia lotniska udała się na komisariat.
Może wypadałoby jednak uprzedzać przed retrospekcją albo zastosować kursywę?

Ale zabrali jej paszport. Ta myśl ją rozwścieczała – ruszyłaby już, teraz, z miejsca, do Pragi, albo Paryża, na pogrzeb Wernera, ale nie miała jak. Bo przewidywalni policjanci skonfiskowali jej też prywatny odrzutowiec.
Odholowali go na parking policyjny strzeżony.
No to będzie rachuneczek. :D

Właśnie przez to i wspomnienia sprzed kilku godzin nie mogła zasnąć. Jak ona, ta, która w wieku dziesięciu lat przybyła samotnie Himalaje…? Ta, która pokonała… T-Rexa? Ta, która wydostała się z egipskiego grobowca, w którym została pochowana żywcem, spadając w głęboką przepaść…? Ta, która walczyła z niedźwiedziami, lwami, tygrysami, gorylami, skorpionami, wielkimi pająkami i żywymi mumiami…? Jak ostatni tchórz – z obawy przed niewygodami?! Była zawiedziona sobą.
I tyle krzyku o pogrzeb kogoś, kto omal jej nie zabił, a sam skończył z flakami wywalonymi na ścianie.
Prawda? I gdzie Kurtis w tym wszystkim?


Rozdział 3: Zadośćuczynienie

Winston nie był pewien, dlaczego Lara chodzi taka przygnębiona. Widział, że nie może znaleźć sobie miejsca. A to biła worek treningowy z zaciętą miną, a to spędzała długie godziny, zamykając się w swoim pokoju i włączała na full radio i słuchała ukochanego zespołu U2 (kocia muzyka, jak mawiał Winston).
Czyli właściwie to wszystko jest w normie.

Ale czasem nawet ten hałas nie tłumił jej głośnych westchnień. Często Hałas słyszał, jak schody trzeszczą grubo po północy – Lara wtedy albo schodziła do ogrodu, albo z niego wracała. Często pytała go, czy nie słyszał przypadkiem, aby dzwoniła jej komórka (chociaż wszystkie numery mogła sprawdzić na wyświetlaczu) albo czy ktoś z policji nie dzwonił na telefon domowy, ale odpowiedź zawsze była taka sama – nie.
Przecież policja nigdy nie kontaktuje się z podejrzanymi.

Lara kończyła obiad – drugie danie, gdy poczuła, jak komórka wibruje w kieszeni jej dżinsów. Na wyświetlaczu widniał nieznany numer. -Halo?- spytała bez większego entuzjazmu.
Tak czekała na telefon, a jak już odebrała, to w ogóle nie włożyła w to serca. D:
Pozory muszą być; kim by się stała, gdyby dała poznać rozmówcy, że czeka na telefon?

-Czy dodzwoniłem się do Lary Croft? – usłyszała w słuchawce dobrze znany, głęboki męski głos. Nie mogła się nie uśmiechnąć – ten głos brzmiał trochę ironicznie, tak, jak go zapamiętała, chociaż nigdy wcześniej nie słyszała, jak brzmiał przez telefon.

- Raczej tak –odparła. Obrzuciła Winstona ostrzegawczym spojrzeniem pt. „wyjdź stąd, bo nie wypłacę ci premii” Staruszek jednak wydawał się tego nie zauważać.
Ciekawe, na co Winston przeznacza te premie.

Niezgrabnie zbierał talerze, chociaż Lara wiedziała, że potrafi to robić o wiele szybciej.
Jej lokaj ma z osiemdziesiątkę… Ale z niej sucz. Przecież odebrała komórkę, to mogła sama sobie wyjść z domu.

Lara nie potrafiła już znieść obecności Winstona. Chciała krzyknąć na niego, żeby wymiatał, bo ona chce porozmawiać, ale rzuciła mu tylko jeszcze jedno ostrzegawcze spojrzenie. Chyba zrozumiał; w końcu przeszedł, podejrzanie powoli, z jadalni do kuchni.
Winston wymiata. <3

-No, dobra. Kiedy cię wypisują?
-To dobre pytanie. Może ty ich o to spytasz?
- Mnie nie zechcą tym bardziej powiedzieć.
-Spróbuj.
-Podaj adres. Znajdę numer w necie.
Powiedział jej.
-Co?! Leżysz w jakiejś dziurze? Po tym jak uratowałeś świat?
-No, to lekka przesada. –odparł skromnie.-No, dobra. Zaraz tam zadzwonię. Cześć.
-Tylko, Lara? – dodał, gdy chciała się rozłączyć.
-Tak?
-Nie przedstawiaj się. Tylko spytaj. Powiedz, że jesteś moją siostrą czy coś.
Przecież jest poszukiwana. Nie chcieli Kurtisowi dać jej numeru, a zaraz sama zadzwoni do szpitala z tego samego aparatu…?

-Ależ oczywiście –odparła i rozłączyła się, a po chwili wykonała jeszcze jeden telefon.
A nie miała najpierw poszukać numeru w Internecie?


Rozdział 4: Rehabilitacja

Dzień 1 września Lara miała już zaplanowany. O godzinie 18:00 miała odebrać Kurtisa ze szkoły lotniska.
Tak. Aby zadośćuczynić mu to, że go opuściła, postanowiła załatwić jego transport do prywatnej kliniki w Anglii. Opłaci wszystkie koszty.
Tak, Larcia. Wszystkie złe uczynki można załatwić forsą. Tak.

Ale jej plany nie powiodły się. Była 15 minut przed czasem, gdy zadzwonił do niej Winston. Czekała już na samolot, którym miał przylecieć Kurtis. Winston jednak powiedział jej, że policja dzwoniła. I że wzywają ją natychmiast na komisariat.
Wow, obudzili się.

Wstrętne, rozwydrzone gliny. Myślą, że mogą tak wyciągać ludzi z domu, kiedy im pasuje? Że też, kurna, nie mieli kiedy zadzwonić!
Niech się cieszy, kurna, że nie wbili jej na kwadrat i nie wyprowadzili w bransoletkach.

Powiedziała Winstonowi, że ma podesłać limuzynę pod lotnisko. A sama wsiadła do swojego srebrnego bmw i pojechała na policję. Po drodze wykonała kilka telefonów – nawrzeszczała na swojego adwokata, że nic jej nie obchodzi, że on ma teraz inne sprawy, i że ma natychmiast przyjechać.
W końcu za coś mu PŁACI.

20:03. Lara weszła do hollu prywatnej kliniki, rozdrażniona. Przesłuchanie trwało 2 godziny. I jeszcze te korki po drodze. A pora odwiedzin…
-Pora odwiedzin właśnie się skończyła – poinformował Larę łysy lekarz.
No to czas wyciągnąć portfel…

-Więc proszę mi chociaż powiedzieć, co ze stanem zdrowia Kurtisa Trenta?
-Pani jest kimś z rodziny?
-Nie, ale… jestem Larą Croft, stado reporterów wbiło mi za główną bramę rezydencji, mówią o mnie w telewizji i radio, i w necie, a ty mnie masz czelność nie poznawać, PLEBSIE?

-Przykro mi, ale informacji osobom spoza rodziny nie udzielamy.
-Ale to ja opłacam jego pobyt tu…
-Przykro mi. To nic nie znaczy.
Tum dum dum…
Ba dum tss.

Wyjęła Chirugai i odcięła lekarzowi głowę. Tak, znów łamała prawo. Nawet, jeśli Kurtis nie leżał na parterze, to bez trudu wespnie się po bluszczu na wyższe piętra. Dla alpinistki to pestka.
Chirugai, sypiąc złote iskry, poszybowało do jednego z otwartych okien na parterze. Tam nie paliło się światło.
Tak się zastanawiam, nie byłoby jej łatwiej poczekać, aż lekarz zniknie z pola widzenia, i skitrać się w pokoju Trenta?

Kurtis leżał na plecach i wpatrywał się w idealnie biały sufit. Obmyślał plan na następny dzień. Zadzwoni do Lary. Ciekawe, dlaczego nie mogła przyjść? Pewnie zatrzymało ją coś ważnego. Chociaż… zawahał się.
Też bym się zastanowiła nad tym dwa razy, przecież już w Strahov zostawiła cię samego, by wrócić do domu i zadręczać się tym, że cię zostawiła.

Znał ją tylko kilka dni, zamienili parę słów i się pomacali.
Niespecjalnie zdziwiła Kurtisa ta nocna wizyta. Bo tylko jednego gościa mógł się spodziewać tutaj o tej godzinie.  
Przed chwilą myślał, żeby do niej zadzwonić rano, a teraz wychodzi na to, że się jej spodziewał. Kurtis, ty kłamczuszku.

Siedziała chwilę na parapecie i patrzyła, jak Chirugai, świecąc jasno, leci radośnie do ręki swojego właściciela. Ten z kolei chwilę trzymał je w dłoni i gładził z zadowoleniem ostrze, które po chwili schowało się.
Szczeniaczek Chirugai. ^^

Lara w tym czasie podeszła w kierunku drzwi. Przekręciła klucz w zamku (i ona tyle płaci za opiekę w tym szpitalu, gdy każdy, kto chce może wejść i wyjść?!) i zapaliła światło.
Kurtis wyglądał lepiej niż wtedy, na tyłach siedziby Kabały. Ale nadal był nieco blady.
Efekt uboczny zmartwychwstania.

Miał zabandażowany brzuch i prawą rękę w gipsie.
- Chyba nie wolno ci tu być? – zaczął rozmowę.
-Nie, dlaczego? Przecież zapłaciłam.
Chciała się jakoś wyłgać, stwierdzić, że zasady są po to, żeby je łamać. Ale napotkała jego surowe spojrzenie (człowiek zawsze uczciwy – jak o nim myślała).
Ona naprawdę znała go tylko kilka dni? Minęła się chyba z powołaniem; powinna była zostać psychiatrą.

Znów na niego spojrzała. Uniosła brwi; ona go chyba nigdy nie zrozumie.
Przecież jeszcze w pierwszym rozdziale znała i rozumiała go ponoć bardzo dobrze.

- No, dobra – spoważniał. – Co z Eckhardtem?
- Nie żyje – odparła po prostu. – Co z tobą?
Uwaga, rozdział pierwszy, Lara rozmawia z podziurawionym Kurtisem:
- Co z Eckhardtem?
-Nie żyje. Ale co z tobą…?
-W porządku - szepnął, ale zamknął oczy.

- A Nephilm? – dopytywał się. – Co z Cubiculum Nephilm? I pozostałymi Obrazami Obscura?
Kurtis tak o wszystko pytał, że dowiedzieć się od niego czegoś o nim samym nie mogła. Rozmawiali bardzo długo – aż w końcu zaczęło świtać.
Lekarze dobijali się do pokoju. Kurtis na pożegnanie opisał Larze Proto Nephilm – uśmiechała się do siebie przez całą drogę powrotną.
Eksperymenty morcderców jego ojca. Śmiechom nie było końca.



Zatrzymajcie tę karuzelę śmiechu.

O Larze plotki w gazetach nieco ucichły. Zawieszono śledztwo w sprawie śmierci von Croya. Badano rękawicę przyniesioną przez Larę. Zabroniła policji udzielać jakichkolwiek informacji prasie.Wszystko układało się dobrze.
Teraz to Lara dyktuje warunki.
Ma najwięcej cennych śmieci na sprzedaż.


Rozdział 5: Prawda

Siedziała na miejscu kierowcy i nie włączała silnika.
-Mówiłaś, że pokonałaś Eckhardta i Karela?
Ile razy jeszcze będą się upewniać? Gadali o tym w pierwszym rozdziale, potem całą noc w szpitalu, a teraz znowu.
Parę rozdziałów temu zakładałam Alzheimera u Larci, ale teraz nie jestem pewna, kogo dopadł.

-Opisz mi, jak zniszczyłaś Cubiculum Nephilm.
Zdała sobie sprawę, że dokładnie jeszcze tego nie zrelacjonowała.
To o czym oni rozmawiali wtedy całą noc … -.^ ?

- Złapałam wtedy leżącą obok ciała Eckhardta rękawicę, wdrapałam się po drabinie do tego Cubiculum… Do jego nogi przyłożyłam rękawicę…           
Kurtis nagle spojrzał na nią niespokojnie.           
-Rękawicę? – powtórzył.           
-Tak. Co…?           
Na jego twarzy malowało się rozczarowanie i szok.            
Ta prawda poraziła ją.
Przeszedł ją dreszcz. Cubiculum i Karel żyją.   
Mogła się spodziewać, że rękawica nie podziała, skoro tyle się nalatali za okruchami.        

-Dobrze się czujesz? – spytał niepewnie.
-A jak mam się czuć?! – odparła ze złością, uderzając dłonią w kierownicę, a potem w lusterko nad sobą.
–Cholera – warknęła, kiedy rozbiła szkło i skaleczyła sobie dłoń, chociaż tego akurat nie zauważyła. Spojrzała za to we wsteczne lusterko.
Chwila, to siedząc w samochodzie ma się przed sobą więcej lusterek niż „wsteczne”? Czy zbiła to zewnętrzne? 

Rzeczywiście – za nimi jechał czerwony peugot. Za jego kierownicą siedział łysy mężczyzna. Gunderson.
Przyśpieszyła jeszcze bardziej. (...)
Kątem oka zobaczyła jego bladą twarz. Zwolniła, bo oto już byli na miejscu – przed jej domem, a pościg gdzieś zniknął.
Gunderson pewnie jej nawet nie śledził, tylko od razu kierował się na Manor.
Przesiadł się do helikoptera i skitrał na dachu.

- Nieco inaczej zapamiętałem lotnisko – stwierdził Kurtis, mierząc wzrokiem okazałą posiadłość. Spojrzała na niego z rozbawieniem. Ale mówił poważnie.
- Żartujesz? Myślisz, że po tym, wszystkim tak po prostu sobie pójdziesz? Mowy nie ma! To jest mój dom. Jak widzisz, mały nie jest. Nie będziesz nocował w hotelu, tylko tutaj za połowę ceny. Przez jakiś czas. Trzeba to rozwiązać. Zwłaszcza, że ja nie mogę ruszać się z Anglii, bo zabrali mi paszport, który nie jest mi potrzebny w strefie Schengen, i prywatny odrzutowiec.
Edit, 2021: Piękne to były czasy przed Brexitem.

Potężnie zbudowany, gorylowaty człowiek uchylił okno swojej ciężarówki i obserwował zabytkowy budynek po przeciwległej stronie ulicy.
Brama przez chwilę nie zamykała się i znany jako Odźwierny męzczyzna zobaczył, jak z auta wysiadają mężczyzna i kobieta, których ogłuszył w Luwrze. Karel będzie zadowolony. Tym bardziej, że ten niedojda, Gunderson, zniknął gdzieś z tyłu.
Najwyraźniej nie oglądał ostatnio telewizji i nie wiedział, gdzie Larcia mieszka.


Rozdział 6: Informator

- Winstonie, przedstawiam ci Kurtisa Trenta. Pomagał mi, gdy byłam w Czechach. Kurtis, to jest Winston, mój kamerdyner. Kurtis zamieszka tu przez jakiś czas. Przynieś mi klucze do tych pokoi obok mnie.
Dwóch pokoi, bo oto Kurtis i jego wielkie Ego.
Zabezpieczają się, jakby Winston urządzał babcine posiłki.

Służący nie podał dłoni Kurtisowi.
Żegnaj, premio.

Mierzył go nieufnym spojrzeniem. Bardzo zdziwiło to Larę: Winston zazwyczaj był szczęśliwy, mogąc poznać kogoś nowego.
Mało miał okazji, bo całe życie nie wychodził poza teren rezydencji, a Lara jest snobką i nie ma znajomych.

-Co się panu stało? – spytał kamerdyner z czystej uprzejmości.
-A, jestem trochę posiniaczony – odparła Kurtisa.
-Podziurawiony – poprawiła go Lara.
-Pani Anaya Imanu dzwoniła do pani –dodał po chwili służący, podając jej bezprzewodowy telefon.
Oho, kolejne opcio w alternatywnym wszechświecie, w którym Larcia-prawie-ginąca-w-Egipcie jest Larcią-z-zombie-mamą.

Oddalił się na piętro. Lara tylko rzuciła Kurtisowi spojrzenie „nie wiem, co mu jest; nigdy się tak nie zachowywał” i przyłożyła do ucha słuchawkę.
-Cześć, Lara – usłyszała głos przyjaciółki.
-Anaya – stwierdziła. – Co u ciebie?
Lara, która dzwoni bez wybierania numeru. Też tak chcę.

-Tak. A skoro się do mnie odzywasz, to znaczy, że nie wierzysz, że to ja zabiłam Wernera? Co za ulga.
-Chyba żartujesz?! Wiem, że nie potrafiłabyś tego zrobić. On był dla ciebie… Mendą, która cię zostawiła...
Zamilkła.
- No, dobra, to co z tym „Monstrum”? – spytała szybko Lara.

- Mam dla ciebie dwie wiadomości. Pierwsza: zabójca jest nijaki Cornel. Eric Cornel. A wiadomość druga: jego matka, Diana Cricred – „Skąd ja znam to nazwisko?” Zastanowiła się Lara. - byłaby zainteresowana spotkaniem z tobą. Mówi coś o jakimś Pierwszym Malowidle. Że dużo zapłaci za znalezienie go.
Hajs się musi zgadzać, więc Lara na to poleci.

Myśli, że może ty coś wiesz. Będzie w Londynie za dwa dni. Czy mam jej podać twój adres e-mail i numer telefonu?
Kolejna, która nie ogląda telewizji.

- Taak… W sumie możesz. A kiedy ty przyjedziesz?
-Planuję… Nie wiem. Mam urlop za trzy tygodnie, ale do tego czasu nie uzbieram takiej sumy pieniędzy.
-Żartujesz?! Lecisz na mój koszt! Sama bym do ciebie przyjechała, ale mnie uziemili.
Dobrze, że zostawili ją przy kasie.
Ach, ta Lara wszystko może kupić.

-Słyszałam. Ale ten przelot…
- Usłyszę jeszcze jedno słowo sprzeciwu, i nie odezwę się do ciebie do końca życia. Obiecuję.
Szantażystka.

- No, ale…
- Zaraz wysyłam pieniądze pocztą. Żebyś przez trzy tygodnie przepieprzyła je na coś innego.
Zanim dojadą, akurat minie tyle czasu.

-Dzięki, Lara. I jeszcze… trafiłam też na ślad czegoś, o co też mnie pytałaś. Kamienne zdobione podium. Jest też w Boliwii…
Gdyby tylko mogła jechać… Ale nie mogła ruszać się z Anglii. No i ta śmierć von Croya, afera z Czarnym Aniołem. Najpierw to rozwiąże. A potem pojedzie do Boliwii. I do Peru, jak już kiedyś planowała, wraz z Anayą. I gdzie tylko będzie chciała, bo ją na to stać.

-Eric Cornel – powtórzyła, dłubiąc w zamku. – Główny podejrzany, oskarżony o morderstwa jako „Monstrum” w Kairze. Te informacje nie dotarły do Europy.
-On by tego nie zrobił – zaprzeczył Kurtis.
-Ach, tak? – spytała; jakoś nie ufała mu.- A więc go znasz, tak?
-Tak – potwierdził; zrozumiał, że Lara mu nie odpuści.- To mój brat. Podobno. Przyrodni.
-Syn Diany Crieced? – nie mogła wyjść ze zdumienia. Świat jest mały.
Zaraz… To dlaczego Eric ma nazwisko Kurtisa matki, a nie ojca?
Dlaczego nie ma nazwiska SWOJEJ matki?

-Owszem. Nie wiem, czy to naprawdę mój przyrodni brat. Może Diana chciała tylko wymusić alimenty? W każdym razie, mieliśmy inną matkę, a (chyba) tego samego ojca. Ale mamy dobry kontakt… To znaczy kontaktowaliśmy się dopóki… - odwrócił wzrok.
– O! Popatrz tam! Ktoś się właśnie włamuje przez płot...

Lara zrozumiała go. Bracia nie kontaktowali się od śmierci ojca. Chciała spytać, jaki Eric miał kontakt z ojcem – może rzeczywiście był „Monstrum”? Może to naprawdę on zabił Konstantego na zlecenie Eckhardta?
Ildefonsa Gałczyńskiego chyba.

Dotarło do niej, że nie może przekręcić klucza.
-Winstonie, dałeś mi inne klucze – powiedziała do krótkofalówki.
-Zaraz idę, proszę pani –doszedł ich głos z urządzenia.
No co za wredna picz! :D Potem się dziwi, że Winston nie lubi Kurtisa, jak przez niego Croft albo wygania Smitha z pokoju, albo każe mu zapierdylać po tych wszystkich schodach z kluczami, jakby sama sobie nie mogła pójść do przedpokoju.
Ale przecież mu płaci. :D

-I co z Ericem? – spytał Kurtis.
-Nie mam pojęcia – wzruszyła ramionami. Coś nadal jej nie pasowało. –Właściwie… skąd to nazwisko? Diana Cricted. Konstantin Trent.
Nope ;___; Heissturm.

Przez chwilę milczał, ociągał się z odpowiedzią. Miała wrażenie, że chłopak nie chce o tym mówić.
-Masz niezłą chatę – skomentował.- Mam nadzieję, ze się nie pogubię.
Uśmiechnęła się lekko, ale szybko spoważniała.
-Diana będzie za dwa dni w Londynie – wróciła do tematu.
-I co? Będziemy próbowali się z nią spotkać?
-Żadne „my” – stwierdziła.
Hmm… to po co wyciągałaś go ze szpitala i pozwoliłaś u siebie przekimać?
Był łóżkową stroną całego planu.

Zawsze działała w pojedynkę; dlaczego teraz miałoby się to zmienić?
Może dlatego, że jeszcze przed wejściem do domu powiedziałaś mu, że musicie zakończyć tę sprawę razem, ale co ja tam wiem...

Kurtis rzucił jej ostre spojrzenie.           
-Dlaczego z góry zakładasz, że to zrobił?           
Wzruszyła ramionami.           
-Wszystko na to wskazuje.
-Wszystko wskazuje też na to, że to ty zabiłaś Wernera von Croya!
-I na to, ze ty nie istniejesz! – krzyknęła wściekła, i zaraz tego pożałowała.
Jeżeli Kurtis nie istnieje, to nie istnieje także jego brat oraz nie istnieli jego rodzice. Gdyby jednak oni istnieli, to i tak już nie żyli, a LV skończyło się na Konstantinie. To by też znaczyło, że Karel nie ma się czego obawiać.
Ale Lara tego nie wie. :D

Jeśli to Karel, pewnie liczył, że uda się jej zdobyć Malowidła, i spróbuje je jej ukraść.  Ale jeśli Kurtis Trent naprawdę istniał, mógł jej pomóc; służyć informacjami o Kabale, walczyć.  
Kurtis (lub Karel –dodała w myślach) patrzył na nią zdezorientowany.
Aaa, bo tu nie chodzi o to, że Lara myśli, że Kurtis nie istnieje wcale, tylko że Karel się pod niego podszywa… No ale czy Karel jako Nefilim leczyłby się w publicznym szpitalu tak długo? Mógłby zadzwonić do niej i udawać chorego, fakt, ale czy ten jego plan byłby tak desperacko szczegółowy, by Joasiek na przykład stracił przytomność pod Sanitarium i dał sobie zagipsować rękę? Śmiem wątpić.

-Skąd ci to przyszło do głowy? – spytał niespokojnie.
Nie odpowiedziała; po co? Odwróciła się tylko na pięcie i ruszyła bez słowa w stronę wyjścia. Zatrzymał ją: złapał za ramiona, obrócił w swoją stronę, próbowała się wyrwać, ale zmusił ją, aby spojrzała mu w oczy.
-Kto ci to powiedział? – powtórzył z naciskiem.
-Karel – odparła w końcu, czuła jak niebieskie oczy przewiercają ją na wylot.
W końcu udało się jej uwolnić. Podeszła do drzwi.
-Dobranoc- powiedziała, ale nie usłyszała odpowiedzi. Wyszła.
Lara biegła do swojego pokoju.
Półmetrowy maraton.


Rozdział 7: Wróg rodziny

-Dlaczego tak dziwnie traktujesz Kurtisa? – spytała w końcu, kiedy on sam o tym nie wspomniał.
Ale ty też nie traktujesz go jakoś normalnie. Winston przynajmniej jest tylko niemiły, a nie zarzuca mu kłamstw na poziomie tożsamości. XD
-No, dobrze. Czy kiedykolwiek czytała pani pamiętnik swego ojca?
-Ty czytałeś?
-Nie, nie – odparł prędko. – Chodzi mi raczej o zdjęcie. Pan Croft tuż przed śmiercią przysłał ostatnie zdjęcie. Na nim jest pan Croft, a obok niego mężczyzna o nazwisku Konstantin Cornel.
Heissturm było dla Konstantina od małego tak trudne do zapamiętania, że z radością przyjął nazwisko małżonki.

-Cornel? – powtórzyła. Eric Cornel
-Tak. Współpracowali oni niedługo przed śmiercią pani ojca. Zginęli tam oboje.
-Dziękuję ci, Winstonie – powiedziała. –Ale co to ma wspólnego z Kurtisem?Jego brat ma na nazwisko Cornel, ale…           
Podał jej wyblakłą fotografię.
Nosił ją zawsze przy sobie, na wszelki wypadek.

Poznała to miejsce; było niedaleko Kilimandżaro. Tam zginął jej ojciec. Na tle gęstej puszczy, stało dwóch mężczyzn: ojciec Lary i osoba, której nie znała.
Taka puszcza znajdowała się tylko w tamtych rejonach.

Ale dalej, za nimi: ciemne włosy, jasne oczy, zacięty wyraz twarzy. I to badawcze spojrzenie.
Kurtis miał na tym zdjęciu około 15 lat.
O, a teraz Kurtis nagle ma włosy ciemne, a nie ciemny blond?
Czyżby analityczny umysł Winstona podpowiadał mu, że Kurtis zabił zarówno ojca Lary, jak i swojego?

Czyli Kurtis istniał naprawdę. Może też ze względu na znajomość, ojca jego i jej, postanowił jej pomóc.
Okraść w Luwrze i zmacać.


Rozdział 8: Diana Criected

-To beznadziejne – stwierdziła Lara z goryczą. – Po co tam leźliśmy? Po to pojechałam do Paryża, znalazłam Margaret Carvier, zapłaciłam Pierrowi, włamałam się do La Serpent Rogue, odnalazłam Luise’a Boucharda w śmierdzących kanałach- wyliczała. – włamałam się do Luwru, przeszłam miliony schodów, narażałam życie w mieszkaniu Wernera, pojechałam do Pragi, uciekałam przed policją, włamałam się do mieszkania Vasileja i nadal czuję się niewinna… 

Przeszłam strefę cholernych, gryzących kwiatków wielkości drzew, olbrzymich robali, czekałam w tym cholernym zamknięciu na ciebie i spędziłam kilkanaście minut pod woda, przebiłam Eckhardta dwoma Okruchamia, ty pokonałeś Proto, Boaz, o mało nie wykrwawiłeś się na śmierć…
Miliony schodów jednak były najgorsze.
Co to są Okruchamie?

-Zapomniałaś o takim szlachetnym czynie, jakim było podebranie mi Okruchami – przerwał jej, ale kontynuowała niewzruszona.

– Właściwie, jak dostałeś się do Luwru?
-Więc opcja pierwsza – starał się mówić lekkim tonem, ale Lara wyczuwała w jego głosie napięcie.- Wszedłem tak jak ty. Opcja druga – przez chwilę pracowałem pod dowództwem Gundersona, aby wykryć plany Kabały. Wiesz, tam nie widzą swoich twarzy. Chodzą w tych niebieskich kombinezonach; znają się ewentualnie tylko ze zdjęć. Tylko wtajemniczeni mogą się tam dostać, jakoś udało mi się wymigać od testów sprawnościowych i tym podobnym.
Z nimi miałbyś największy problem, co?
Prawdziwy Legionista, nie w kij dmuchał.



Z nudów wstał i zaczął krążyć po bibliotece. Było tam bardzo wiele książek, a każda miała swoje ściśle określone miejsce.
Nieprawdopodobne.

– Robota czeka. Dzwoniła Diana. Jutro przyjeżdża do Londynu. Chce się tam ze mną spotkać na SoHo.
-Hmm… Myślisz, że to na pewno bezpieczne?
-Tak – odparła po chwili namysłu. – Myślę, ze tak. Więcej powiem ci, jak się z nią spotkam.
- O ile znów nie stwierdzisz, że jestem Karelem – zauważył przytomnie.
Powinien się przyznać i uciekać gdzie pieprz rośnie, miałby mniej kłopotu. :D
Ale o tym przekonamy się dopiero w kolejnej części. :D


Ciąg dalszy nastąpi...


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz