28. Biednemu zawsze zatkany basen, chłodnia w salonie i Shogo Takamoto, czyli Na Samym Dnie 2/X


Z SERII: NA SAMYM DNIE
ROZDZIAŁ 2 – Powrót z legendarnego snu
By Skoiastel vel Lilka11
12.08.2006

Analizują: Alex, Skoia


W drugiej części tego jakże niesmutnego opeczka przeżywamy Drugi Dzień Z Życia Lary Croft. Tym razem w dniu zwykłym, angielskim, Lara wstała prawą nogą, a i tak wcale nie miała z górki. Winston, strojąc fochy i trollując na każdym kroku, wysyła ją na misję do kazahstańskiej Boliwii, aby zastrzelić pewnego człowieka. Tymczasem Kurtis bardzo się stara wyjść na mężczyznę, jednak przeszkadzają mu w tym jajecznica, problemy z dwójką i trauma po matce. 
Trzeba było jednak zdrzemnąć się w samolocie!!


02. "Powrót z legendarnego snu"

Lara wstała w środku nocy, spocona, ze strachem w oczach i nożem w ręku. Nóż wyjęła spontanicznie, gdy tylko obudziła się i usłyszała otwieranie drzwi do jej sypialni. Był to Winston jej lokaj, również blady jak nigdy i z przerażeniem podwszedł do łóżka. Ręka Lary drgając i nabierając "gęsiej skórki" odłożyła nóż pod poduszkę.
- Czy coś się pani stało? - spytał Winston wychylając się spod kołdry.
- Nie. Dlaczego mnie wystraszyłeś? – odpowiedziała Ręka Lary.

- Ja panienkę wystraszyłem? To panienka mnie wystraszyła!
- Niemożliwe! To nie ja weszłam do twojego pokoju z trupobladą twarzą. 
- Nie, ale panienka krzyczała... - Winston był przekonująco poważny. Lara zrozumiała więc że to nie są żarty.
- Ja kto ja krzyczałam? To niemożliwe. Nie rób ze mnie wariatki. To ty wszedłeś mi do pokoju.
- Panienka nie wie, że to nie ja byłem powodem noża? Panienka już wcześniej miała nóż w ręku, ja stoję tu w drzwiach od piętnastu minut, ale jak przyszedłem, to panienka mnie nie usłyszała, krzyczała, rzucała się na łóżku, wyciągała nóż i .....
Winston taki typowy influencer. Zamiast pomóc, patrzy piętnaście minut i wrzuca fotki na instastory.

- I co? - Lara miała niedowierzenie w oczach.
- Zbudziłaś się Laro. To był sen prawda? Koszmar?
- Tak, chyba tak.
- Nieś mię zapytać, co się Larze śniło?
I gdzie ma cię zanieść?

- Nie wiem, nie pamiętam wszystkiego, pamiętam że na końcu byłam w Boliwii
- Skąd panienka poznała, że to Boliwia?
- Byłam już tam kiedyś, jak byłam mała. Poznałam te góry, te chaty.
- Acha.



- I tam w Boliwii miałam wielki miecz w ręku, a przede mną stała moja znajoma ze studiów Amanda Evert, i James Rutland Junior.
- Ten sławny amerykański biznesmen?
- Tak
- I ktoś jeszcze? 
- potem moja matka, jakiś samolot, zima, wojna w Kazachstanie, mój Harley, a przede wszystkim mój Kurtis shotgun i beretty. I oczywiście Zip, co pomagał mi walczyć przez mikrofon.
Na końcu byłam w Boliwii. Ale jednak w Kazachstanie. 

Po wyskoczeniu z samolotu znalazłam się w pięknej dżungli.
- To niedorzeczne! Przecież to tylko sen - Stwierdził Winston
Faktycznie, sny nie mogą być niedorzeczne.

- Tak, kiedyś śniło mi się że ginę w ruinach Kambodży, ale nie obudziłam się z nożem najpierw w ręku i potem na czole.
Co kropelka skleić sklei, żadna siła nie rozklei.

- To nic. Może to wspomnienia...
- Nie miewam takich wspomnień Winston, a teraz odejdź. Chce się ubrać, umyć i coś zjeść. To był tylko niedorzeczny kryminał ze mną w roli głównej.
Kąpiel w ubraniach, mmm.
Dzień dobry, nazywam się Lara Croft, od trzydziestu lat i jednego dnia jem śniadanie.

- Może należałoby to opisać w pamiętniku?
- Tak, napisze coś na ten temat w kronice rodzinnej. Nazwę to "Legenda".
Wymownie.

- Jak sobie panienka życzy. A teraz pójdę zrobić Pani przedśniadanie.
- Dlaczego Przedśniadanie?
- Bo jest dopiero 4:30.
- Acha.




Gdy Winston odszedł, Lara obejrzała się za łóżko, wyjęła nóż i spojrzała na swoją lewą dłoń. Była w krwi. To znaczy, Lara musiała trzymać nóż podczas snu nie za rękojeść, ale za ostrze. Będzie miała po wewnętrznej stronie dłoni bliznę, ale to nic.
Wszystko zrzuci na Winstona. 
On też twierdził, że to nic.

Ubrała się i ruszyła w stronę toaletki z apteczką. Ręka ją bolała, ale to nic nie znaczyło. Teraz Lara myślała jak spędzi ten dzień. 
Hmm, czym by tu dziś wieczorem zatkać odpływ…?
Ja bym zatkała Winstonem. Za karę.

Po zaopatrzeniu dłoni w plaster, Lara ruszyła w stronę jadalni, najpierw idąc do Zip-a (on i Alister się jednak do niej wprowadzili - jak miło) 
Wprowadzili się nocą, gdy spała, i pomogli odtykać basen.

Zapytała, w której jadalni będzie śniadanie. Niestety Zip jeszcze spał. Poszła więc do kuchni z myślą, że Zip jest leniem. Gdy zapytała się Winstona o to samo, on odpowiedział:
- W czwartej Laro, w czwartej jadalni.
- Przecież w czwartej jemy tylko desery!
- Ale panienka nie może jeść tam gdzie zwykle, czyli w pierwszej jadalni na parterze, bo wczoraj ubrudziła pani obrus pomidorem. A bez obrusu nie będzie pani jadła.
Nie macie innych obrusów? O.o

- Nie mamy innych obrusów?
XD
– Zatkała pani nimi odpływ w basenie.

- Nie, bo w pierwszej jadalni stół ma siedem metrów długości. Nie znalazłem na rynku innego obrusu niż ten co sam zdążyłem uszyć.
Winston Człowiek Renesansu. I basen wyczyści, i obrus uszyje.

- Acha. No to poproszę jeszcze o kawę do śniadania.
- Ale panienko Laro, ja tam wietrzę…
- Nie szkodzi.
Włóż watę do uszu, to nie przeziębisz.
Szklaną.
Później zatkamy nią odpływ.

Lara oddaliła się na drugie piętro, usiadła w jadalni za trzymetrowym stołem i czekała. Zdziwiło ją to że Alister w fotelu czyta spokojnie gazetę.
- Cześć - zagadała
- No cześć! Już wstałaś?
- Ja tak. A ty?
- Niestety, jeszcze śpię.
Alister – mistrz ciętej riposty.

- Może mała czarna cię rozpogodzi?
- Raczej ociepli. Zimno tu jak w lodówce. 
-Winston wietrzy całe piętro, rzeczywiście mógł mnie uprzedzić zanim wpakowałam w siebie krótkie spodenki.
Przez szycie obrusu Winston nie miał czasu kupić Larce tamponów.
Ja myślę, że on się teraz mści za numer z chłodnią.

- E tam. Jestem głodny, niewyspany, zimno mi i gazeta psuje mi humor.
- Czemu?
- Czemu jestem niewyspany?
- Nie, czemu gazeta?
- A! Bo piszą że jeden ze sławnych biznesmenów okradał przez dwa lata bank "Interlielize" we wschodniej Arizonie.
- Arizonie? A co cię obchodzi Arizona?
- Nie wiem, ale współczuje ludziom, którzy mieli tam konta. 
Iksde. Tyle jestem w stanie wykrzesać z siebie przy tym fragmencie.
Iksde. Wyraża więcej niż tysiąc słów.

W tym momencie do jadalni wszedł Winston w rękawiczkach, czapce, i szaliku. Ubrany w zimową kurtkę z kożuchem. Niósł jajecznicę, która już dawno wystygła i dwie małe czarne do kompletu.
Winter Winston is coming. 
Winston jest trollem.
Na bank się mści za chłodnię. Teraz jestem tego pewna. 

Lara zjadła szybciej niż Alister i ruszyła szybko po sweter. Po krótkiej chwili zeszła na parter ubrana w polar i wyszła na ogród. Okrążyła sprintem dom dwa razy dla rozgrzewki i stanęła za budynkiem. 
W tym czasie Alister zamarzł.
Przynajmniej się nie rozłoży.
Za kilka lat zrobi się z tej jadalni bibliotekę i będzie akurat.



Uklękła przy grobie swojego ojca i zapaliła zapalniczką znicz. Potem podeszła do obok stojącej ambonki. Do niej przymocowana była księga. Była to Kronika Rodzinna założona przez pradziadka Lary. Stała tam już od trzech pokoleń. Lara zapisała w kronice to, co opowiedziała lokajowi tuż po przebudzeniu. 
Na końcu byłam w Boliwii. Poznałam te góry, te chaty. I tam w Boliwii miałam wielki miecz w ręku, a przede mną stała moja znajoma ze studiów Amanda Evert, i James Rutland Junior.  potem moja matka, jakiś samolot, zima, wojna w Kazachstanie, mój Harley, a przede wszystkim mój Kurtis shotgun i beretty. I oczywiście Zip, co pomagał mi walczyć przez mikrofon.
Koniec.

(...)
W progu domu spojrzała na swojego Rolexa - 8:00. Ruszyła do biblioteczki. Znalazła tam księgę rekordów Guinessa. Otworzyła ją na pierwszej lepszej stronie i przeczytała: "Pierwsze miejsce za zjedzenie 300 tysięcy rodzynek w czasie 10 minut w roku 1963r." . 
Najwyraźniej wtedy jeszcze nie znałam słowa risercz. 

Zirytowana Lara odłożyła księgę. 
Co za głupia księga! Przecież taki rekord nie istnieje!

Poszła poszperać trochę w nowościach. Znalazła księgę ze złotymi napisami "Encyklopedia boliwijska". Szybko usiadła na podłodze i otworzyła pierwszą stronę. 
Faktycznie, nowości.
  
Był tam srebrny i wielki napis: 

BOLIWIA




Obiecuję, że ten nieśmieszny żart pojawia się po raz ostatni.
Przysięgam.

Przerzuciła kilka kartek i znalazła krótką notatkę.
" Tiwanaku – największy ośrodek kultury andyjskiej z okresu regionalnego, wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Położony jest w pobliżu jeziora Titicaca w departamencie La Paz w Boliwii na wysokości 3800 m n.p.m.
Zrzynka z Wikipedii tak bardzo.

W X w ruiny Tiwanaku zostały opuszczone przez ludzi. Od XVII w do tej pory nie odnaleziono ani jednego człowieka, który uznałby się za mieszkańca wschodniej Boliwii. 
HMM, MOŻE DLATEGO, ŻE… NIE ŻYŁ?

Do teraz nie wiadomo, dlaczego ludzie wręcz uciekali z tego rejonu. Dopiero w XIX archeologów i badaczy terenów zainteresowały kraje wiecznych tajemnic”. Tu notatka się kończyła. (...)
Wyniosła książkę do swojego pokoju. Jednak w połowie drogi Larę naszła pewna niechęć do tej księgi i jej kraju. Ostatnia strona podpisana była imieniem i nazwiskiem matki Lary. Lara wiedziała już o co chodzi.
Amelia hobbystycznie pisała dla Wikipedii.

Niespodziewanie wpadła na Zip-a.
- Co, już wstałeś? - zagadała
- Tak a ty?
- Już od szóstej jestem na nogach
Lara nie miała czasu na pogawędki. 
Ale przecież sama go zagadała...

Zapomniała, po co schodziła na parter. Zbita z toku myślenia udała się do kuchni, po coś ciepłego do picia. W kuchni na jej nieszczęście był Winston.
- Niech lady Croft niczego nie dotyka
- To mój dom i moja kuchnia.
- I twój jedyny lokaj. Co by było jakbym się zwolnił? Ta kuchnia to moje jedyne cztery ściany. Nie licząc jednego pokoju, który zajmuję. 
I chłodni.

- Dobrze, już dobrze. Chcę tylko cos do picia. - Lara poczuła suchość w ustach
- Proszę. - Winston podał Larze zmrożoną Colę z dwoma kostkami lodu.
Mówiłam, że troll. 

- Ale ja chciałam coś ciepłego!
- To czemu nie mówisz od razu!? Proszę. - Tym razem lokaj podał jej gorącą, malinową herbatę.
Lara wciąż nie mogła sobie przypomnieć po co schodziła na parter. Nagle ogarnęła ją dziwna myśl, chęć. Coś czemu nie mogła się oprzeć. 
Małe kotki w piwnicy.
Tylko w której…?

Uśmiechnęła się sama do siebie i pobiegła do Alister-a.
- słuchaj! Na jutro masz mi przyszykować paszporty, bilety i inne bzdety. Sprawdź w komputerze, kiedy jest najbliższy lot do Boliwii – rzuciła krótko, nie zauważając, że Alister zamienił się w sopel.
- Ok. ale po co ci... - Ale Lara już wybiegła do Zipa.
- ZIP! Przyszykuj mi najlepszy sprzęt, najlepszą broń, najostrzejsze naboje, najbardziej wytrzymałe magazynki, liny, granaty itp. Przygotuj mikrofon, podłącz się do niego. jutro masz być gotowy.
- Czyżby się szykowała jakaś wyprawa?
Nie, będziemy streamować Warframe.

- Tak. Nie pytaj o nic. - Lara nie czekając udała się do Winstona.


- WINSTON!!! Spakuj mnie, odbierz od Alistera i Zipa potrzebne rzeczy. Jutro wyjeżdżam do Boliwii.
- Znów jakiś artefakt? - Spytał.
- Nie, tym razem strach. Coraz bardziej wierzę, że to był sen na jawie. Gdy wrócę, opowiem wszystko. Ale Zip i Alister nie mogą nic wiedzieć o moim śnie. Niech myślą, że chcę znaleźć jakiś artefakt czy coś. Jakby co, to szykowałam się do tej podróży od dawna i zawsze o niej marzyłam.
Sen na jawie. Boliwijski Kazachstan w Croft Manor. Dobra mapa.
I Zip pomagający walczyć przez mikrofon. 

- Ekhm. No dobrze
- No to do jutra!
- Jakto? Już idzie pani spać? Jest młoda godzina!
- Musze iść spać. Alister powiedział, że lot mam nad ranem.
- No to dobranoc.

Następnego dnia panna Croft wstała o 2:40. Była już spakowana, miała wszystkie potrzebne rzeczy, w tym bilety. Zjadła śniadanie, pożegnała się i nim się obejrzała przyjechała po nią taksówka. Winston załatwił jej pokój w Boliwijskim Hotelu pięciogwiazdkowym. Na lotnisku czekała zaledwie kilka minut. Czekała na samolot lotu Anglia-Praga-Boliwia. Oczywiście żaden wykrywacz metali na lotnisku nie wykrył u Lary broni, chociaż była całkiem nieźle obładowana. 


Gdy siedziała już w samolocie, rozsiadła się wygonie, wepchnęła pod siedzenie swój napakowany metalem plecak i zasnęła. Została nagle obudzona krzykiem stojącej nad nią Stewardessy, która wrzeszczała nad nią, że jeżeli wysiada w Pradze, to samolot czeka tylko na nią. Lara z ironicznym uśmiechem ogłosiła że wysiada w Boliwii. Stewardessa zarumieniła się, przeprosiła i odeszła.
A ta przesiadka w Pradze to nieaktualna, specjalnie dla Larki polecieli jednak bezpośrednio.

Lara znów miała zamknąć oczy, gdy nagle jakiś męski głos zapytał ją:
- Podać coś? - Lara zdziwiona już miała odpowiedzieć "nie", ale nagle jakby obudzona i zdziwiona rzekła:
- Trent! Co ty tu robisz? Czyżbyś dorabiał jako stewardessa? 
- Nie. Robię to samo, co ty.
– Przemycasz broń?

- Próbujesz zasnąć, ale ktoś stoi ci nad głową i przeszkadza?
- Winston dzwonił do mnie i wręcz błagał mnie, abyś nie leciała sama. Potem wszystko mi opowiedział.
- Ale on nic nie wie!
- Mylisz się. Twój lokaj też ma rozum i domyśla się więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Wiem nawet co nie co od siebie.
- Zatem oświeć mnie!
– No była taka sytuacja z basenem i wiesz… coś się zapchało…

- Gdy jeszcze się nie znaliśmy, od ojca dowiedziałem się o śmierci twojej matki. Moja rodzina wiedziała o tym, bo mój ojciec zawsze podziwiał... twój ród. Ale twoja mama była wtedy z twoim ojcem. No i mój tata strasznie przeżył tą śmierć. Pojechał na pogrzeb i tam spotkał Marie Cornel, potem Marie Cornel urodziła mnie, a po jakimś czasie pojechała do Tiwanaku dokończyć badania archeologiczne twojej mamy i też zginęła. - Kurtis opowiedział to bez zająknięcia.
- A więc chcesz powiedzieć, że moja matka nie była jedyna?!
- Tak Laro.
- Przykro mi, ale nie czas na łzy. Dzięki, że ze mną jesteś.
- Wiesz, to też mój interes, bo i moja matka.
- No to może się zdrzemniemy?
Umarła ci matka? Zdrzemnij się!

- A chcesz spać? 
Lara przytaknęła
- to śpij
Lara więc zasnęła. 
Podczas snu mimowolnie głowa Lary opadła na ramię Kurtisa. On złapał Larę za ręce i również po jakimś czasie zasnął. 
KLISZ…! A nie, czekaj, to opeczko było przecież najpierwsze. XD

Na miejscu Trent obudził Larę. Oboje odebrali swoje bagaże napakowane metalem.
- Masz broń? - Spytał Larę Kurtis
– Nie. 

- Zawsze mam ją przy sobie. I ty o tym wiesz. Po co sie głupio pytasz?
Resztę drogi milczeli. Dobrze, że oboje wybrali ten sam hotel, ten sam pokój, ale osobne łóżka. 
Ja myślę, że Winston maczał w tym palce.

- To gdzie jedziemy jutro? - spytał niepewnie Trent.
- Do ruin Tiwanaku.
- Wiesz, gdzie to jest?
- Mamy mapy i Zipa w uchu.
- Co?
- Przyjaciel podłączył sie pod mój chip (czytaj: czip) w uchu. Mamy z nim teraz kontakt.
Dziękujemy za tę nieodzowną pomoc.

- Teraz rozumiem po co dwa łóżka. No to dobrej nocy Lara.
- Do jutra Kurtis.
Lara zbudziła się wcześnie nad ranem lewą nogą. Przypomniała sobie, że jest w hotelu w Boliwii. Oczy poniosły ją na drugie łóżko, gdzie jeszcze smacznie chrapał Trent. Lara wyjęła ze swojej walizki kilka drobnych rzeczy i pobiegła do łazienki. Oczywiście w łazience na jej nieszczęście nie było pasty do zębów i mydła. Lara wkurzona wybiegła do pokoju i z hukiem rzuciła walizką o ziemię wyciągając kosmetyczkę.
Jedyna rzecz, którą spakowała sama.

Huk walizki obudził Kurtisa.
- To ma być pięciogwiazdkowy hotel?!!! Bez mydła, pasty!!! Ciekawe czy mają tu wodę!?
- Co się dzieje - spytał zaspany Trent 
- która godzina? – dodał.
- Najodpowiedniejsza na wstanie! Ile można spać?
- Nie masz pojęcia jak długo.
- Aha! Rozumiem że jesteś tu na wakacjach!?
Właściwie to tak, Winston zapłacił za bilety i hotel.

- Zawsze jesteś taka upierdliwa porankami?
– Tylko kiedy wstanę lewą nogą!

- Zamknij sie i słuchaj. Zaraz wychodzę. Jak chcesz możesz iść ze mną
- Gdzie...
Do łazienki. Eden, drzewo zakazane... *wink wink*

- idę szukać jakiegoś porządnego przewodnika! Nie dość, że w tym kraju jest tylko jeden hotel, to jeszcze jest on taki że pożal się Boże!
- Oj nie przesadzaj Lara. Mamy kupę kasy. 
Chciałeś raczej powiedzieć: Masz kupę kasy…
Winston nieźle posmarował Larową kartą.

Chyba że wolisz mieszkać w lepiance i podcierać się liśćmi.
- Mówiłam: ZAMKNIJ się!
- Dobra już dobra, wstaje. 
Croft postawiła Trenta do porządku, sama poszła do toalety ze swoją kosmetyczką. Po kilku minutach była już gotowa. Trent ubierał się w pokoju. Potem to on zajął toaletę. Jednak trwało to dłużej, bo Kurt zajęty był odpowiadaniem "już, już" na ponaglania Lary. 
Tak się zestresował, że dwójka nie poszła.

Gdy mężczyzna opuścił łazienkę, oboje ustalili, że z chęcią zjedzą na śniadanie jajecznicę i małą czarną kawę. Lara zamówiła to przez telefon do recepcji. Po chwili śniadanie przyniósł im lokaj, który potknął się o próg. Gdyby nie sprawność Lary i szybkość jej partnera, to taca wylądowałaby na ziemi. Najpierw Trent złapał lokaja, a potem Lara wzięła szybki rozpęd i chwytając w powietrzu tacę, wylądowała na jednej nodze. Lokaj przeprosił, Kurtis dał mu z portfela Lary napiwek, Lara oznajmiła że nic się nie stało i młodzieniec wyszedł cały czerwony. Po śniadaniu bohaterowie wyszli z poręcznym plecaczkiem Lary. 



O mercedesa zadbał Winston. Poprosił ludzi z lotniska o dowóz. Kurtis nie nazywałby się Trent gdyby nie uprosił Larę o poprowadzenie jej samochodu. Ona mu pozwoliła, ale on był chyba jeszcze nie był wsypany, bo po kilku sekundach jednak zrezygnował słowami „nie jednak nie”. W kilka minut dojechali do wielkiego budynku. Szyld na drzwiach głosił
„Joseph Joestar – przewodnik miejski”.

Niestety nikogo nie było w domu… (...)
- Nie wiem, ale tak czy inaczej z wycieczki nici, nie wiemy gdzie są te ruiny, a przewodnika wcięło.
- Nie poddam się. To moja matka - Lara nie miała w głosie zwątpienia. - A ty? ty się poddasz? Nie zniosłabym tego. Nie możesz się poddać. Byłbyś...
- Mięczakiem? Tak mogę być mięczakiem. Ale nie będę nim, jeżeli skombinujesz dojazd do ruin.
Sytuacja nabrała dramatyzmu, zaczynam się martwić.

- Odwróć się zbawco mięczaków.
- Widzę twojego Merca... Mercedes? Skąd on się tu wziął?
- Przyjechaliśmy nim.
- Ale lecieliśmy samolotem
...
Co było w tej jajecznicy?

- Ale jest w moim życiu pewien lokaj co zadbał o dowóz.
- Winstonie, kocham cię.
- Jesteś gejem i kochasz 72-letniego lokaja?
- No. To się czuje. 
To rozśmieszyło Larę. Oboje wsiedli do Mercedesa Lary i z mapą w ręku Lara nakierowywała Trenta na ruiny w Boliwii.
To po co przewodnik?
Alister się właśnie odmroził.

Po kilku godzinach błądzenia dojechali na miejsce.
Słynna archeolog, która nie potrafi korzystać z mapy.
Jajecznica działa. 

Lara wysiadła z auta i oznajmiła
- dokładnie w tym miejscu powinny być ruiny.
- A nie są? - zapytał wybity z tropu Kurt.
- To jest łyse pole. 



- A więc zgubiłaś się? - po tej informacji Trent wydał odgłos jakby był w trakcie załamania nerwowego. Lara ze słynnym uśmiechem kpiny wyciągnęła z plecaczka kompas. Obróciła się dwa razy w prawo, zrobiła trzy kroki w tył, kucnęła, wstała, rozpędziła się i pobiegła dokładnie 5metrów.
Włączyła godmode.

- ćwiczysz jogę czy udajesz że jesteś nauczycielką wf-u?
- Ja tu czituję pracuję Kurtis. Nawet mnie nie wkurzaj!!! - krzyknęła, podskoczyła, w locie z nogawek wyjęła pistolety i strzeliła pod siebie. 
No to kloc.

Nagle podłoga załamała się, Lara spadła krzycząc po drodze w dół "Pa, Pa!". 
Kurtis nieco zdziwiony też spuścił się na linie do szczeliny i zobaczył winorośle, które wtulały się w złociste mury. 
Ja tu tylko przyszłam powiedzieć, że w sumie to bardzo podoba mi się ten opis. XD 

Podziemie było piękne. Na jednej ze ścian Lara odczytała napis "Złote Miasto Snu". Zwrot zapisany był po grecku, chociaż mieliśmy dni włoskie. Boliwia to nie te rejony... Wszyscy zdziwili się a Trent wyrzekł zdanie z głosem pełnym podziwu:
- Lara... skąd ty to, przecież nikt... - Lara nie dała mu dokończyć.
- Nikt oprócz kolegi w moim uchu. Niestety teraz połączenie zostało utracone.
- Ja nie mam żadnych znajomych do pomocy. - Żal w głosie Kurta był nie do zniesienia. 
Samotny Kurtis, nie ma nawet wirtualnych znajomych. 
Do przewidzenia. Żeby mieć wirtualnych znajomych, musi być kogoś stać na komputer i stały dostęp do internetu. 

Próbowała dosięgnąć winorośli, co oplatała wysoki mór, ale nie dosięgała. Skoczyła i nagle przeszył ją ból w ramieniu. Trent złapał ją w powietrzu i zauważył krew.
- Jesteś ranna
- Domyślam się. W moim plecaku jest bandaż i nóż.
AMPUTANCJA!

- ktoś nas ubiegł. nie jesteśmy tu sami. Weź nóż i wyjmij mi kulę.
- Mam ci wyjąc kule nożem?
Lara wydawała się zbyt blada jak na zwykle ranną kobietę.
- Tak.
Trent zgodził się. najpierw liściem przetarł ranę, aby chociaż na chwilę usunąć krew. Nagle wbił delikatnie nóż w ramię Lary i lekko podważył skórę. Lara wciąż krwawiła. W dziurze w skórze pojawiły się dwie kule, Kurtis wydobył je palcem i zemdlał.
No i proszę, jednak znowu wyszedł król mięczaków.

- Nic nie potrafisz zrobić dobrze? - Zła Lara nie zabrała się za jego cucenie. 
Więc Dobrej Larze zrobiło się go żal. 

Wyrwała liść z winorośli, okryła mocno krwawiącą ranę, zawiązała ranę bandażem, który natychmiast przesiąkł czerwoną cieczą. Lara jękła, ścisnęła ramię, zawyła wręcz z bólu. Trent się obudził i zapanował nad sytuacją. Dał Larze tabletkę bez wody, zdarł swoją lewą nogawkę i oplótł ramię Lary.
- Jeans nie przesiąknie
Dżins jest z plastiku.

Nagle coś zaświstało, nad ich głowami pojawiła się druga lina, do liny z muru skoczył jakiś mężczyzna. Uczepił się liny i już miał się wspiąć, ale Kurtis wyjął swojego Borana-X i zabił gnojka.
- Myślisz, że udałoby mu się uciec? - zapytała Lara nie zdziwiona sytuacją 
Po co, przecież do was schodził i nawet się nie krył. D:

- Nie. Musiałbym być tępy jak kitajec, żeby go nie zauważyć. 
RASIZM, HALO, POLICJA, PROSZĘ PRZYJECHAĆ NA ANALIZKĘ.
Mają traumę po fakenewsie z Okiem Wybrańca.

Lara podeszła do zwłok. Sprawdziła dokumenty i z jej twarzy nagle znikł wyraz obojętności. Zdziwienie pojawiło się jeszcze szybciej niż światło które pojawia się gdy naciskasz na włącznik. Z ust Lary wydobyło się cos w rodzaju "jejk" a Kurtis zapytał
- Aż tak źle? - Lara pokiwała głową i podała Kurtisowi dowód osobisty trupa. Trent zabrał dowód i przeleciał kartki wzrokiem. jego twarz zbielała.
IMIĘ: JOSEPH
NAZWISKO: KALAASNIJOV
ZAWÓD: PRZEWODNIK MIEJSKI

- To niemożliwe – szepnął Kurtis – to nie może być on
Winston opłacił nie tylko Kurtisa, ale i przewodnika.

- Przecież ślepy nie jesteś – Lara także w duchu nie dowierzała faktom
- Ale skąd on wiedział że my tu… - Jednak Croft nie dała dokończyć Trentowi
- Śledził nas. Myślał że wskażemy mu drogę do ruin. Gdy tu za nami wlazł podziękował mi.
Albo to nie on strzelał, tylko chciał wam pomóc, a wy go sprzątnęliście. XD

- Trzeba tam wejść – Lara wskazała palcem mur. – Z muru zeskoczyć do środka i zobaczyć jak tam jest. (...) Jeżeli tu jest wejście...
- To wyjście jest w środku.
- Musisz mi zawsze przerywać? – Trent nie wyglądał na zadowolonego
- Twoje jeansy przeciekają powoli. Krew się wydostaje. – Po tej informacji Kurtis zlitował się i oberwał drugą nogawkę.
Nie dość, że kłamał, że nie przeciekną, to jeszcze łaskę robi.

Wyciągnął z plecaczka Lary tonik, którym czyści się pistolety. Odwinął przemoczony materiał, odwinął bandaż, a jak zobaczył krwawą dziurę w ramieniu Lary, fik i zemdlał.
W sumie to szkoda, że Lara nie wzięła Winstona. On miał wywalone na jej krew.

- Trent! Ty półgłówku!!!! Zip… co ja mam robić? – niestety połączenie zostało zerwane.
Zostawić go...?

Sięgnęła lewą ręką w stronę plecaka. Wyjęła z niego granat. Trent się obudził i...
- LARA nie zabijaj się… Nie zabijaj nas!!!
- Odbiło ci?
— Nie, tylko ten bad trip po jajecznicy mógłby już ze mnie zejść. 

- To po co ci granat?
- Dla picu – Lara pociągnęła zawleczkę. Zamachnęła się i wrzuciła granat do pomieszczenia za ścianą. Granat wybuchł i rozwalił ścianę. Na szczęście po przeciwnej stronie.
- Jesteś genialna – Trent był znów mile zaskoczony – masz zamiar paradować tak z tą raną?
- Poczekam aż zaschnie, potem owinę jeansem. O! Już zasycha.
Gorący podmuch wybuchu osuszył ranę.

Na środku pomieszczenia stał kamień a w nim był wbity miecz. Excalibur. Lara podeszła do niego, dotknęła. Nagle stało się coś czego nie można było opisać. Ruiny zaczęły się poruszać, wszystko zaczęło drżeć.
Kiedy autorce nie chce się opisywać scenek z gierki :D
Ej, albo tak, albo jak u Ewy – zrzynki z cutscenek. Wybieraj.

- Wali się! Uciekać – krzyknął Trent
- Ciekawe jak… - jednak długo nie musieli myśleć. Ruiny podniosły się na ziemię i ujrzały światło słońca. Wokół widoczne były lasy a kawałek dalej znajdowała się dziura którą wcześniej weszli pod ziemię. Lara zauważyła że napis „Złote Miasto Anu” zniknął a na jego miejscu pojawił się inny, już w języku angielskim „legenda została przywrócona, dołącz do cieni jeśli masz odwagę, jeśli nie, stań się jednym z nas”. Lara przeczytała to głośno.
- Nie, Lara! To zaklęcie! - tych słów nie powiedział Trent ale Zip. Było już jednak za późno.
Zip czarodziej. Pewnie spiskuje z Winstonem.
A gdzie Ron?
Pofarbował włosy i udawał Alistera.
Zawsze był zazdrosny o Harry'ego Pottera. 

Oczom Lary ukazała się jej matka.
- Mamo!
- Córeczko...
- Wracaj, nie odchodź
- Uwolniłaś mnie, mogę teraz dołączyć do twojego ojca.
- ale……
- Nie, nie mogę zostać, mój czas liczy się u boga.
- ten czas nam odebrały ruiny i Amanda. Pamiętasz? 
- Legenda wraca. Legenda odchodzi.
- nie rozumiem matko 
Jednak blada postać z długim warkoczem, tak podobna do Lary już odeszła unosząc się ku górze. Trent nie widział matki Lary, patrzył jak Lara krzyczy ku niebu, jakby była pomylona. 
Właściwie to nie ma dowodu, że nie. 

Jednak i na niego przyszedł czas. Ale jego matka nic nie mówiła. Widział tylko jej twarz, nie było ciała. Po kilku chwilach szepnęła:
- Możesz iść ze mną.
- Dla ciebie wszystko mamo.
Lara spojrzała w stronę chłopaka, przytrzymała mikrofon na uchu, potrząsnęła głową w szoku jakby ktoś do niej krzyczał po drugiej stronie słuchawki. Lara nie wytrzymała, zrzuciła z ucha nadajnik i podbiegła do Trenta.
- NIE!!! To nie twoja matka! To Shogo Takamoto! On chce odzyskać ciało! Chce ciebie zabić!


Proszę państwa, jaki niesamowity plot twist! Kto by się spodziewał!

- Mamo, kocham cię, wiesz o tym.
- NIEEEEEE!!!
- Ja tez cię kocham. A teraz wyjmij miecz i przebij nim serce! 
Lara nie czekała na efekt. Podbiegła do Excalibuera, wyjęła go i machnęła nim nad głową Trenta.
Gdyby udało jej się odciąć mu głowę, to powstrzymałaby Takamoto przed przejęciem ciała Kurtisa. Sprytne.

Nie widziała zjawy, ale widziała Trenta, co zbliżał się by odebrać Larze miecz. Nagle obrócił się za siebie i powiedział
- Jak karzesz tak zrobię 
Lara już teraz wiedziała gdzie znajduje się wróg i pobiegła przed siebie. Ominęła zgrabnie Kurtisa i machnęła sztyletem kilka razy przed siebie.
Error 404. Excalibur został właśnie zdegradowany do byle sztyletu. 

- AUUUUU!!! Niech dusza mi zniknie głupi bachorze! Nie umiałeś odebrać tej dziewczynie miecza?!
- Bachorze? – jednak Trent zamrugał kilka razu oczami, obrócił się w stronę Lary i powiedział. - To był sen?
- Sen na jawie.
- A ty?
- Ja miałam matkę, ty miałeś Shogo Takamoto.
Każdy ma taką matkę, na jaką zasługuje.
Biednemu zawsze piach w oczy i Shogo Takamoto zamiast matki.

- Skąd wiedziałaś, że to nie moja mama? Jak mnie uratowałaś?
- Nie ja cię uratowałam, ale Zip….
- Podziękuj mu…….
- Sam to zrobisz – Tych słów jednak nie wypowiedziała Lara, ale szara postać zbliżająca się do Kurtisa.
- Mama?
Nie, James Rutland w rajstopach.

- Kasara. Nie jestem twoją matką…
- Nie jesteś Marie Cornel?
- Nie, twoja matka żyje, ale porzuciła cię. Twój ojciec się załamał, a że byłam jego przyjaciółką, zadzwonił do mnie. I tak postanowiłam wam pomóc.
- I tak to ciebie będę uważał za matkę.
- Dobrze. – postać oddaliła się. Trentowi łzy puściły się z oczu, jednak Lara też nie wstrzymywała łez. Przytulił ją.
- A więc gdzie jest moja matka? – spytał Larę.
- Tego chyba nikt się nigdy nie dowie… 

Razem wsiedli do mercedesa Lary (Trent prowadzi) i wrócili do hotelu. Od razu tego samego dnia spakowali się i wrócili do swoich domów. Trent do Pragi, Lara do Anglii. Opisała wszystko w kronice i tak zakończyła się ta przygoda.
To jest tak smutne, że nawet nie chciałam im przerywać.

A tak zupełnie serio, to, czytając to dzisiaj, po tylu latach, nawet nie było aż tak cringe’owo. 
(No dobra, może trochę było).
Ale nadal nie aż tak. XD



Ej, a skąd Kurtis ma dom!?



Ciąg dalszy nastąpi...

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz